Bez komentarzy

"Nie jest to krystaliczny obraz siostry, jaki znam na co dzień, natomiast książka pozwoliła mi ją odkryć na nowo i spojrzeć z jej perspektywy na wspólne przeżycia. Wiele rzeczy wyjaśniła, bo od dłuższego czasu nie mieszkamy razem, dzięki niej mogłam ją lepiej poznać i zrozumieć" - mówi Izabela Kurowska o swojej starszej siostrze, Ilonie Zdziech, pochodzącej z Ujsół bohaterce dwunastych Rozmów Kulturalnych, które miały miejsce w piątek, 9 lutego, w Sołtysówce w Rajczy. Ilona, z wykształcenia historyk, zakochana w archeologii, serce oddała kuchni Nowej Zelandii. Nam zdradziła kulisy prac nad antologią tekstów poetyckich zebranych na przestrzeni 25 lat w projekt poetycki – ,,Bliżej życia”.


Klaudia Wiercigroch-Woźniak: Czym jest debiut dla poetki?
Ilona Zdziech: Nie do końca mam poczucie, że debiutuję, bo ten miał miejsce w ,,Płomyczku” wiele lat temu. Wówczas dla dwunastolatki było to ogromne wydarzenie. Miałam poczucie, że wszystkie dzieci to czytają i wszystkie podstawówki w kraju to widzą, poza tym dostałam list od Redaktora z własnoręcznie napisanym przez niego wierszem i gratulacjami dla rodziców. Nie spodziewałam się takiego odzewu, nagle poczułam się dostrzeżona i ktoś powiedział, że to, co piszę jest dobre.

K. W-W: Ile czasu upłynęło od napisania pierwszego wiersza do debiutu trzynastolatki?
I. Z.: Około czterech lat. Pierwsze były rymowanki, które podczas zbierania materiału do tomiku odnalazłam, lecz nie weszły do zbioru z uwagi na ich warsztat. One dość dobrze obrazują czym żyła dziesięciolatka, natomiast nie jest to koniecznie coś, czym bym chciała budować ten zbiór. W nim znalazł się materiał dopracowany i bardziej ogólnoludzki. Dlatego podczas pracy nad tym zbiorem nie do końca czułam się jak debiutant. Wiele osób nie wiedziało, że piszę, nawet te, które znały mnie od wielu lat, były zaskoczone tym faktem, komentując, że chyba coś im umknęło, więc szok i emocje były raczej po drugiej stronie. Dla mnie najistotniejsze było to, że w trakcie pracy nad książką zobaczyłam proces przemiany dziewczynki wątpiącej w swój talent w osobę, która wie, że to, co robi, jest dobre. Przeszłam długą drogę pod względem warsztatowym i emocjonalnym i już się tego nie wstydzę, chociaż widzę niedociągnięcia i mogłabym pewne rzeczy zrobić inaczej…

K. W-W: To znaczy, że poprawiłabyś teksty?
I. Z.: Na dzień dzisiejszy nie, ponieważ są to pewnego rodzaju fotografie ważnych dla mnie momentów w życiu. To, co wymagało korekty, poprawiłam przed oddaniem do druku. Wiersze są świadectwem pewnej drogi, zarówno emocjonalnej, jak i warsztatowej, przykładem dla osób, które zaczynają przygodę z pisaniem, by wiedziały, że zaczyna się od rzeczy prostych i nawet w młodym wieku można napisać coś bardzo głębokiego…

K. W-W: Takie było założenie projektu od początku?
I. Z.: Nie. Początkowo założeniem projektu była książka - pamiątka dla rodziny. Chciałam zamknąć pewien okres życia, a jego literacki dorobek sfinalizować w formie właśnie pamiątki, zwłaszcza dla rodziców, pierwszych obserwatorów procesu dojrzewania córki oraz podejmowanych przez nią prób literackich, których w pewnym momencie zaprzestała. Książka jest przede wszystkim dedykowana moim dzieciom i rodzicom.

K. W-W: Pytam trochę z premedytacją, gdyż od premiery tomiku ,,Bliżej życia”, która miała miejsce 23 listopada ubiegłego roku, upłynęło trochę czasu, czy emocje związane z debiutem zdążyły opaść?
I. Z.: Trochę tak, poza tym dziś inaczej patrzę na siebie jako poetkę. W tomie są wiersze, które dzieli przestrzeń czasowa dziesięciu czy piętnastu lat i widać różnice stylistyczne oraz rękę dziś zdecydowanie silniejszej kobiety, być może z tzw. góralskim zadziorem, niż wówczas rozedrganej nastolatki. Dla mnie ma to ogromne znaczenie. W trakcie pracy nad książką pojawiło się sporo nowych tekstów, czym byłam przyjemnie zaskoczona i teraz myślę, że następny tomik nie będzie za 25 lat, lecz może trochę wcześniej. Do tej pory myślałam o tej książce, jak o pewnego rodzaju domknięciu, na zasadzie - będę mogła spokojnie odejść, mam dzieci, mam książkę, bardzo osobistą zresztą i jestem spokojna życiowo. Teraz wszystkie kolejne projekty czyli książka kucharska, którą piszę o Hawajach, druga część po ,,Kuchni Nowej Zelandii” czy inne moje dziwne przedsięwzięcia, robię bez napięcia, które towarzyszyło książce poetyckiej. Już mi się nie śpieszy. Mogę je rozpisać na lata, a część odpuścić, bo najważniejszą rzecz z kategorii projektów osobistych typu ,,nikt tego za ciebie nie zrobi” już zrealizowałam.

K. W-W: Czy spotkałaś się już z krytyka literacką zbioru tekstów, głosami czytelników lub recenzjami? Jaki jest odbiór książki w najbliższym środowisku?
I. Z.: Przede wszystkim jest to zaskoczenie - ,,Ty piszesz? Tak piszesz?”. Niektórzy mówili, że spodziewali się poezji domowej i że teksty nie są tak proste, jakby oczekiwali. Wydaje mi się, że odbiór jest pozytywny, czego doświadczyłam na spotkaniach autorskich zarówno w Ujsołach, jak i w Krakowie.

K. W-W: A najbliżsi? We wstępie piszesz, że życzysz im, a zwłaszcza mężowi, by w twoich słowach odnalazł siebie…
I. Z.: Mąż? Wiadomo, to jest mężczyzna, więc patrzy na to z zupełnie innej perspektywy. Cytuję: ,,To tak nie było! Pamiętam ten moment i to było zupełnie inaczej”. To jest normalne. Każdy fakt przedstawiamy z dwóch różnych ujęć, jesteśmy przeciwieństwem, więc tam, gdzie ja widzę plusy, on dostrzega minusy i odwrotnie. Jego prawo.

K. W-W: A rodzice?
I. Z.: Jak rodzice? Ojcze? (śmiech).
I. Kurowska (siostra Ilony): Mama trzy noce nie spała, czytała od początku do końca (śmiech).

K. W-W: To znaczy, że mama nie była wtajemniczona w historię powstawania ,,Bliżej życia”?
I. Z.: Mama dowiedziała się dwa tygodnie przed planowanym spotkaniem autorskim, a ponieważ książka jeszcze nie była w formie druku, więc zamiast ją wręczyć, poinformowałam o jej istnieniu. Był szok i zastanawianie się przez dwa tygodnie, co to będzie, ale okładka się jej podobała, wiadomo z naszych stron, Ujsolska (śmiech).

K. W-W: No właśnie, żyjąc w kulturze obrazkowej, pierwsze, na co w przypadku książek zwracamy uwagę, to okładka…
I. Z.: Zdjęcie jest mojego autorstwa, przedstawia rzekę płynąca przez Ujsoły, blisko rodzinnego domu…

K. W-W: Wybrałaś ją bo…?
I. Z.: Chciałam coś z gór, górskiego, góralskiego, żeby podkreślić fakt, że tu się wszystko zaczęło, poezja również.

K. W-W: Woda jest metaforą…
I. Z.: To prawda, wszystko się zmienia. Długo zastanawiałam się nad wyborem okładki, tym że nie jest chwytliwa, nie rzuca się w oczy i gdyby ktoś miał sięgnąć po tomik tylko ze względu na szatę graficzną, to pewnie, by go nie kupił, ale znajomi podkreślali, że jest bardzo moja, więc myślę, że to był dobry wybór. Książka jest też dla nich, a jeżeli ktoś przy okazji po nią sięgnie, to już jest wygranym, że w ogóle się odważył.

K. W-W: Były inne projekty okładki?
I. Z.: Wszystkie były związane z górami, wiadomo, musiał być odpowiedni format, by pasował w pionie, góry raczej w poziomie się pięknie prezentują, więc w tym wypadku wygrał ten fragment rzeki. Jest coś urzekającego i metaforycznego w tym zdjęciu, woda pędzi, trze i rzeźbi i nigdy nie jest taka sama. Woda nie krew, a może być esencją i istotą życia, niesamowita metafora.

K. W-W: Genowefa Jakubowska-Fijałkowska w jednym z wywiadów mówi, że sztuka składa się bardziej lub mniej z życia, a to czym żyjesz nie jest tylko twoje, to jeszcze drugi człowiek… któremu ty sporo uwagi poświęcasz w tekstach…
I. Z.: Zawsze. Zwykle są to dzieci, przypadkowi ludzie lub Bóg, bo on nie jest dla mnie abstrakcją lecz osobą, podobnie Duch Święty, jako ktoś bardzo namacalny i takie też było zamierzenie tomiku, by zatrzymać te spotkania, wrażenia i wnioski, które się przy okazji spotkań pojawiały, jak np. w tekście o Kanadyjce, którą kiedyś spotkaliśmy i która uporczywie tłumaczyła nam, jak bardzo jest zadowolona z życia, a jej ciało i głos zaprzeczały tym słowom, wyznając ,,jestem taka samotna, nie udało mi się w życiu, tak bardzo chciałam mieć rodzinę, a jestem sama”. Wtedy uświadomiłam sobie, jaką jestem szczęściarą, i jak to dobrze, że mam rodzinę. To żadna moja zasługa, bo drugi człowiek jest nam dany, tak mi się wydaje, i jedyne, co można zrobić, to przyjąć go. Wtedy też dotarło do mnie, że można mieć dużo, nie mając nic, nie będąc z nikim, być z ludźmi i odwrotnie.

K. W-W: Podobno przez poezję każdy musi przejść jak przez chorobę wieku dziecięcego… potwierdzasz to pierwszą częścią książki – Dzieciństwo…
I. Z.: Książka podzielona jest na cztery części. Dzieciństwo, które liczę do studiów, później okres krakowski czyli studia i początek małżeństwa, razem około 10 lat, następnie okres warszawski, dość trudny w moim życiu, wyścig szczurów, bez znajomych i przyjaciół, bez Krakowa, bez gór, bo daleko tylko z mężem, więc prawie jak na zesłaniu i znowu powrót do Krakowa, ale z dzieciakami, więc tematem dominującym jest macierzyństwo. Jeżeli chodzi o Dzieciństwo, to po selekcji został jeden tekst, rzecz jasna ten pierwszy i kilka lepszych warsztatowo, według mnie. Na później zostały takie, które wymagają poprawy ale myślę, że jeszcze przyjdzie ich czas, a reszta znajduje się w tomie, na tyle, na ile udało mi się to zrobić.

K. W-W: We wstępie piszesz, że poezja jest lekarstwem i wyznajesz, że uratowała ci życie…
I. Z.: Może być lekarstwem, jak najbardziej. Na pewno w dzieciństwie czułam się wyobcowana i uciekałam w świat książek, a im były grubsze, tym lepiej. Zaczytywałam się. Chyba nie miałam w tamtym okresie zbyt wielu przyjaciół w klasie, jak to prymus, więc żyłam sobie w swoim świecie. Różne rzeczy, którymi nie mogłam się wtedy podzielić z rówieśnikami, przelewałam na papier, może nawet lepiej, to był zupełnie inny poziom konwersacji, z samym sobą (śmiech). Teksty pojawiają się w momentach wewnętrznego napięcia, czy to pozytywnego czy negatywnego, więc siłą rzeczy kanalizują emocje, i to, że trudne rzeczy mogę nazwać ładnie, sprawia, że są one znośniejsze, człowiek się z nimi oswaja, przerabia i myślę, że to widać w moich tekstach. Są tam życiowe motta, którymi ja się podpieram, które gdzieś sobie przepracowałam i jest już jaśniej. Więc w tym sensie poezja ratuje życie, kanalizuje nadmiar wrażliwości, z którą trudno żyć na co dzień, ale bez niej byłoby to niemożliwe.

K. W-W: Do kogo kierujesz swoją historię poetycką? Początkowo w założeniu była rodzina i najbliżsi, a teraz? I dlaczego akurat ta forma ekspresji twórczej?
I. Z.: Tak, i to jest chyba dla mnie najistotniejsze. Natomiast mam świadomość, że jeżeli ktoś sięgnie po ten tomik, czyli jedna osoba na sto, to będą to osoby przypadkowe i różnorodne, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Książka jest dla czytelnika i od momentu wydania żyje własnym życiem. Nie zabiegam celowo o odbiorcę, czytelnik znajdzie się sam. Kilka wierszy jest w Internecie, są spotkania autorskie, więc z czasem może znajdzie się jakaś grupa wyznawców (śmiech), ale powtarzam, w momencie wydawania książki nie był to absolutnie priorytet. Mnie osobiście nie jest to do szczęścia potrzebne.

K. W-W: Czy rzeczywiście czasem tylko język poezji jest w stanie wyrazić twoje emocje?
I. Z.: Myślę, że nie (śmiech). Poczekajmy na ten fortepian, aż się rozwinę (śmiech), na pewno on by mnie wyraził, ale wtedy ktoś musiałby spisać moje melodie, bo ja nie jestem jeszcze na tym etapie edukacji muzycznej. Z pewnością wyrażam się w krótkich formach i w gotowaniu. Jestem szefem kuchni i te dziedziny są pokrewne, obydwie są sztuką, mają szybkie przełożenie na efekt i łatwo coś poprawić i dopracować, to jest ich urok. Marzyło mi się napisanie powieści, bo chciałam dostać Nagrodę Nobla, a wydawało mi się, że częściej dostają ją powieściopisarze, ale zawsze pisałam wiersze.

I. Kurowska: Na tego Nobla też już masz plan?
I. Z.: W tym momencie tak (śmiech). Trzeba by rozpisać jakiś plan (śmiech). Ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem poetką, dobrą poetką, która może się poprawić i chce to robić. Myślę, że ten kierunek będzie ewoluował, chociaż na dzień dzisiejszy nie jest to priorytet życiowy, bo tym jest szczęśliwe i zrównoważone życie czyli gotowanie, wychowywanie dzieci, pisanie w różnych proporcjach i żadna z tych rzeczy nie zdominuje mnie w stu procentach.

K. W-W: Znalazłaś złoty środek?
I. Z.: Jeszcze nie, ale cały czas go szukam i wiem, że pasja nie może mnie zżerać, bo tak było kiedyś z gotowaniem, które pożerało mnie fizycznie i emocjonalnie, a z uwagi na trudne, męskie środowisko - a ja wybierałam sobie ambitne prace - było trudniej. Prowadząc przez ostatnie półtora roku własną restaurację, pracując po 14 godzin na dobę w pewnym momencie stwierdziłam – Dość! Koniec! Wycofuję się, bo inaczej znienawidzę wszystko, co kocham do tej pory i co mi wtedy zostanie? Doszłam do momentu wypalenia zawodowego i zaczęłam szukać miejsc alternatywnych, gdzie mogłabym rozpracować emocje i zakosztować innego życia, stąd decyzja o nauce gry na pianinie. Poza tym spotykałam się z kobietami w ramach networkingów biznesowych, raz poszłam w góry, innym razem pojechałam na samotny urlop i generalnie robiłam różne dziwne rzeczy, wiele z nich pierwszy raz w życiu, takie, których się bałam i stwierdziłam, że nie pozwolę już żadnej pasji mnie zdominować. Tak jak mówiłam, ani dzieci ani małżeństwo, ani poezja, ani gotowanie, ani inne rzeczy, które przyjdą, nie będą najważniejsze, bo nie jestem poetką, kucharzem, matką, żoną tylko sobą, w stu procentach. I nie będę ograniczać się do jednej rzeczy, tylko z każdej wybiorę to, co dla mnie jest korzystne.

K. W-W: Ambitny plan na przyszłość…
I. Z.: Czy ja wiem, czy ambitny? Myślę, że jest to kwestia przestawienia priorytetów. Przychodzi taki moment w życiu, kiedy zaczyna brakować tchu, słabnie zdrowie, a otoczenie wyraża niezadowolone, bo coś jest nie zrobione. Wiadomo, jak piszesz książkę, to nie piszesz innej książki, jak zajmujesz się dziećmi, to nie idziesz do pracy na pełny etat i nie zarabiasz jak szef kuchni, tylko zmieniasz pieluchy, jak spędzasz 14 godzin w restauracji, to ją rozwijasz, a dziecko siedzi z nianią, więc powiedziałam dość. Teraz będziemy realizować się powoli, może mniej ambitnie, małymi kroczkami, ale z naciskiem na zdrowie. Żadnego marzenia nie spełnimy mając problemy zdrowotne, nawet zębów sobie nie umyjemy, gdy nie będziemy w stanie wstać z łóżka, więc to jest priorytet. Nie będziemy bujać w obłokach ani też chodzić wycieńczonymi, by wpaść pod tramwaj. Nie da się zrobić wszystkiego, zwłaszcza gdy dzieci są małe, doba ma tylko 24 godziny, a my nie dostaniemy nadludzkich mocy, co nie znaczy, że nie można w wolnym czasie pisać książek.

K. W-W: R. Krynicki powiedział kiedyś, że przychodzi taki moment, kiedy trzeba zacząć rozliczać się ze swoim życiem, kiedy musi się coś dokończyć, coś uporządkować (…). ,,Bliżej życia” to poetycki rozrachunek?
I. Z.: Rozrachunek? Myślę, że nie. Bardziej nagroda (śmiech). ,,Bliżej życia” traktuję w kategorii osiągnięcia, zebrania dotychczasowego dorobku i upamiętnienia go w godnej formie np. prezentu z dedykacją rodzicom, dzieciom, ale to też prezent dla mnie, podsumowanie mojej drogi, zobaczenie ile dobrego się wydarzyło na przestrzeni lat. Żaden rozrachunek, może bardziej pewien rodzaj kroniki. Jestem historykiem, lubię i prowadzę kroniki rodzinne i od zawsze zapisywałam różne rzeczy w różnych kluczach, więc z tym tomem jest podobnie, to rodzaj poetyckiej kroniki. Poetycki rozrachunek dokonywał się w momencie pisania poszczególnych wierszy. Dziś jest to zebrany ciąg tekstów żyjący własnym życiem. Ja już jestem trochę dalej.

K. W-W: Pytam o ten rozrachunek w kontekście minionych 25 lat…
I. Z.: Owszem, myślałam w ten sposób, że coś zamykam, a w momencie, gdy to nastąpiło, pomyślałam, że fajne to jest, więc dlaczego nie iść w tym kierunku dalej. Poza tym, kiedy pracowałam nad książką, pojawiły się nowe wiersze, z różną częstotliwością, ponieważ są okresy, kiedy w ogóle nie piszę, i nie spodziewałam się w tym przypadku weny, a tu proszę, dwanaście tekstów w dziesięć miesięcy, i to dobrych, które są umiejscowione pod koniec książki.

K. W-W: Adam Zagajewski w jednym z wywiadów mówi, że poeta to jeden z najstarszych zawodów świata, tuż obok kurtyzany, poborcy podatkowego, księdza i lekarza. W tym sensie poezja jest czymś wiecznym. Jak myślisz, jaką rolę poezja ma dziś i czy spełnia swe zadanie? Czy ty sięgasz po poezję?
I. Z.: Zdarza mi się, ale rzadko. Wolę tworzyć coś z niczego i to jest moją pasją, którą niedawno odkryłam czyli tworzyć zamiast odtwarzać. Podobnie jest z gotowaniem, więc niekoniecznie potrzebuję kontaktu z inną poezją, by pisać wiersze. Natomiast potrzebuję bodźców intelektualnych i emocjonalnych, jak obejrzenie wystawy czy wstrząsającego materiału w telewizji. Poezja sama w sobie na pewno pozwala nam oswajać świat, kruchość naszą i innych, przemijanie, to, co wcześniej mówiłam – w sposób ładny nazwać to, co mierzi i boli, pozwala zachować godność w trudnych doświadczeniach. Zamiast sięgać po używki, stosować agresję czy zdobywać szczyty wbrew logice, pozwala zachować umiar i zdrowie.

K. W-W: Ponoć artystę można rozpoznać nawet na zdjęciu z tomografii komputerowej - jego mózg ma gęstszą sieć neuronów. Masz poczucie wyjątkowości?
I. Z.: Chyba tak (śmiech). Ale to jest poczucie wyjątkowości nie w sensie od kogoś, tylko wyjątkowości w sensie jednostki.

K. W-W: Ile w tej historii poetyckiej jest ciebie? Nie masz poczucia ekshibicjonizmu literackiego?
I. Z.: Dużo, ale są to historie uniwersalne. Początkowo miałam wątpliwości, bałam się że po tym tomiku żadne tajemnice mi już nie zostaną…

K. W-W: Nie tylko tobie…
I. Z.: Tak naprawdę każdy, kto czyta, czyta dla siebie i według swoich doświadczeń, więc to, czy ktoś mnie zna czy nie, tak naprawdę nie ma znaczenia. Jeżeli czytelnik będzie preferował mój sposób odbierania świata, to w dalszym ciągu będzie patrzył na niego swoimi oczami, a jeżeli moje słowa go nie przekonają, to również moja historia go nie zachwyci, jeżeli będzie odwrotnie – bardzo się cieszę, że mamy podobny sposób odczuwania świata, a jeżeli nie – nie ma tragedii. Ale przyznam, że chciałabym, by ludzie patrzyli na świat moimi oczami. Jeżeli chcę się czymś podzielić, to dlatego, że uważam to za wartość. Jeżeli coś przepracowałam, doznałam na własnej skórze, to po co inni maja wyważać otwarte drzwi, po prostu zaufajcie mi, że tak jest. Jeżeli mogę komuś coś ułatwić, to po to są te  teksty. Nie piszę ich w próżnię.

K. W-W: Napisał do ciebie ktoś, kto przeczytał tę książkę i ma podobne odczucia, przeżycia lub doświadczenia?
I. Z.: Jeszcze nie, natomiast dostaję ogólne pozytywne informacje, zwłaszcza od mam w kontekście tych tekstów o macierzyństwie, że są mocno odbierane. Myślę, że na szerszy odbiór przyjdzie jeszcze czas.

K. W-W: Podobno książka składa się z dwóch części: z tego, co autor napisał i z tego, czego nie napisał. Czy był temat, który dręczy cię i męczy, ale go nie poruszyłaś i z jakiego powodu?
I. Z.: Nie, jeżeli coś zostało nazwane w sposób kulturalny, wiadomo, ja tam mięsem nie rzucam…

K. W-W: Mięsem nie rzucam bo…
I. Z.: : Mięsem nie rzucam, bo go nie używam (śmiech), chyba że w kuchni.

K. W-W: : To jest bardzo delikatna poezja…
I. Z.: Wyrosłam w kręgu poezji i literatury wyższych lotów, więc na co dzień przekleństw nie używam, mimo kucharskiego środowiska, w którym przeważają mężczyźni…

K. W-W: Jak ci się to udaje?
I. Z.: Jest trudno, to prawda, zwłaszcza gdy dochodzi stres i zmęczenie, więc czasem, gdy tracę cierpliwość zdarza mi się przekląć, ale to też wynika z mojej pewności siebie w różnych kwestiach i szkoda mi czasu na tłumaczenia, ale generalnie nie używam wulgaryzmów.

K. W-W: W poezji nie stosujesz…
I. Z.: Nie, bo wtedy nie byłaby to moja poezja. U mnie wulgaryzmy wynikają z bezsilności, chęci odreagowania, ale na co dzień ich nie używam i nie potrzebuje tego typu środka wyrazu.

K. W-W: Ty w książce i ty rzeczywista, to dwie kobiety?
I. Z.: Tu jestem bardziej wydestylowana, to jest moment intymności i pewnej intelektualnej dyspozycji, kiedy skupiam się tylko na tekście i konkretnym odczuciu, więc jestem to na pewno ja w stu procentach, ale myślę, że na co dzień trudno mnie taką spotkać, tu trzeba myśleć szybko, mówić głośno, pracować rękoma, które mogą dużo więcej niż usta, zwłaszcza w moim zawodzie. Na pewno jestem to ja, ale na co dzień używam innych środków wyrazu czyli jak smażę steka, to nie mówię językiem liryki, tylko zachwycam się zapachem. Wspólne jest odbieranie świata zmysłami, ale żeby stworzyć dobry wiersz trzeba mu poświęcić czas.

K. W-W: Na jeden napisany wiersz powinno przypadać kilkanaście przeczytanych, a wiersze należy traktować jakby zawsze były „in progress”, w drodze, czy ty masz jakieś rady warsztatowe lub sama tworzysz wg wypracowanych reguł?
I. Z.: Przeczytanych? U mnie na pewno nie. Natomiast jest silny impuls, nawet pewnego rodzaju nabrzmienie emocji w ciele i charakterystyczne poszukiwanie słów, które to nazwą, skondensowanie ich. Któryś z poetów powiedział, że jak można usunąć z wiersza jeden wyraz i on ciągle gra, to nie jest to dobry wiersz, dopiero jak wyjmie się jakieś słowo i tekst zmienia znaczenie, wtedy jest skończony i ja zaczynam się zwracać w tym kierunku. Najważniejszy jest pierwszy wers, a później trzeba postarać się nie rozmydlić znaczenia. Z kolei piosenki rządza się innymi prawami, tam jeżeli tekst jest zbyt skondensowany, to jest trudny w odbiorze, bo śpiewa się szybciej i jeżeli tekst zawiera skomplikowane słowa, to słuchacz nie usłyszy przekazu, głównej myśli. Piosenka w tym kontekście musi być lżejsza. Ja też bawię się wierszami, niektóre z nich są eksperymentami, bo i są sonety i piosenki, więc różne metrum.

K. W-W: Genowefa Jakubowska-Fijałkowska w jednym z wywiadów mówi: ,,Czasem przychodzi ten stan, w którym nie masz na sobie nawet skóry i wszystko albo cię rani, albo dotyka boleśnie, nawet gdy jest to czułość świata. To może wtedy jestem szalona, bo wtedy stają się wiersze we mnie, a słowo jest potem”… jak to jest u ciebie?
I. Z.: Jeżeli przyjdzie mi do głowy myśl, to zapisuję, bo wiem, że ją zapomnę. Gdziekolwiek, na kalendarzu, na kartce, ostatnio w telefonie i później przepisuję do notatnika. Najważniejsze, by w ogóle zapisać wszystko, co przychodzi na myśl, bo to jest bardzo krótkie otwarcie, nagle coś leci i dylemat pojawia się np. w czasie mszy, kiedy nie da się wyjąć telefonu i zapisać tekstu albo powiedzieć go do dyktafonu. W ten sposób uciekają ciekawe strofy, więc teraz staram się zapisywać wszystkie myśli, bo ten moment się nie powtórzy i jak nie zapiszę, to nie ma powrotu do tej dyspozycji duchowej, która była, natomiast jak jest zapisane, to potem można zrobić wszystko. Ten moment, kiedy doświadczyliśmy świata, dotknęliśmy go, mija bezpowrotnie i nie zostaje żaden ślad, tak jak gdy nie zrobimy zdjęcia, stracimy krajobraz bezpowrotnie, bo w następnej sekundzie jest inny. Tekst można kontynuować nawet po dziesięciu latach, wczuć się w tamte emocje…

K. W-W: Czy to jest w ogóle możliwe?
I. Z.: Tak, chociaż kiedyś myślałam że nie, wyobrażałam sobie, że musi być wena i natchnienie, ale tak się zdarza tylko o czwartej nad ranem, jak mam dobry temat. Teksty były rozproszone, w rożnych notatnikach, kalendarzach, na karteczkach, notatkach ze studiów, z pracy, pomiędzy przepisami i niektóre z nich były gotowe jako całość, a inne niedokończone i,by mogły iść do książki, trzeba było coś z nimi zrobić, dopisać początek, środek lub koniec, a niektóre zostawić i oprzeć się pokusie wciskania ich na siłę do czegoś, niektóre pisane na przestrzeni kilku lat świetnie się z sobą uzupełniały, jakby były pisane jednym ciągiem. Niektóre wymagały nowej puenty. Dla mnie to było spore zaskoczenie, że teksty nad którymi siedziałam przez kilka dni zastanawiając się jak wyrazić, to co chciałam powiedzieć lub co czuję, nad którymi najwięcej spędziłam czasu są najbardziej spójne i literacko i bardzo mi się podobają. Wydawało mi się, że w poezji nie działa praca metodyczna, natomiast słowo wymaga dbałości, przemyślenia, impuls się przydaje, owszem, ale potem trzeba siąść i popracować nad tym. Warsztat jak każdy inny.

K. W-W: Czego ci życzyć?
I. Z.: Nobla (śmiech). Teraz, jako świadoma poetka zaczynam się zastanawiać nad rzeczami, nad którymi wcześniej się nie zastanawiałam i nad szukaniem własnej drogi. Ktoś mi życzył znalezienia mojego tematu i pomyślałam sobie ,,Ale jak to? O co ci chodzi?”, więc trochę tak na odczepnego, nie wydamy cię, ale klepiemy po ramieniu i szukaj swojego tematu. Myślę, że nie potrzebuję szukać tematu, mogę się zastanowić nad tym, co chcę przekazać i skupić na dotarciu do ludzi. To cały czas jest dla mnie nowy obszar do eksploracji. Ale wiem, że chcę pokazywać swój obraz świata, żeby mogli spojrzeć na niego moimi oczami i moimi słowami, i by doświadczali tych emocji, których ja doświadczam. To jest dla mnie odkrycie. Na teksty w książce patrzę trochę z perspektywy rodzica, pieszczotliwe nazywając je ,,dziećmi”, są idealne chociaż niedoskonale, ale następnym razem zastanowię się dwa razy zanim coś puszczę do druku, bo książka to jest poważna rzecz.

K. W-W: Przestraszyłaś się siebie w książce?
I. Z.: Nie, biorę ją z dobrodziejstwem inwentarza. Zaakceptowałam wszystko, co było, takim, jakie było, teraz jestem otwarta na przyszłość pełną niespodzianek.

Dziękuję za rozmowę
Klaudia Wiercigroch-Woźniak

Udostępnij Drukuj E-mail