Bez komentarzy

W czwartek, 22 lutego w Gminnej Bibliotece Publicznej w Lipowej odbyło się spotkanie autorskie z Panią Haliną Sochą, promujące jej najnowszą książkę pt. ,,Anielska terapia” czyli kolejna część przygód Alicji, tarocistki i anielskiej terapeutki, będącej kontynuacją ,,Anielskiej przystani”. Autorka licznie przybyłym miłośniczkom jej pisarstwa zdradziła kulisy powstawania obu książek oraz odkryła tajemnice Anielskiego Tarota. Spotkaniu w klimacie sielsko-anielskim towarzyszyło tego wieczoru otwarcie nowej wystawy zatytułowanej ,,Aniołów świat” - prac Pani Elżbiety Kosiec, mieszkanki Lipowej, które można jeszcze przez miesiąc oglądać w bibliotece.

Szymon. J. Wróbel: Pierwszą książkę zaczęła Pani pisać w dość późnym wieku, czy to Anioły były dla Pani natchnieniem?
Halina Socha: Owszem, książka ukazała się w późnym wieku, ale pisanie towarzyszy mi od wielu lat, takie pisanie do szuflady, dla siebie, wręcz terapeutyczne. Do tej pory żyłam w cieniu męża, byłego piłkarza i managera, zresztą świadomie i z radością wspierając go we wszystkim co robił, a ponieważ miałam potrzebę pisania pamiętników i dzienników, to ta sfera mojego życia pozwoliła mi żyć szczęśliwie w blasku innej osoby. Jest to bardzo trudne zwłaszcza, gdy jest to mąż lub żona. Małżonek poświęcił się zupełnie swojej pasji i zawodowi, a ja tak dzielnie z nim, aczkolwiek zawsze z Aniołami. Więc z tego punktu widzenia początkowo była to terapeutyczna praca. Dlaczego książka pojawiła się jako zmaterializowana rzecz trudno powiedzieć, natomiast wiem, że nie ma w życiu przypadków. Zaczęłam pracować z Aniołami nie tylko pisząc. Zajrzałam w swoje wnętrze i zmierzyłam się z ezoteryką. Jestem Terapeutką Reiki i Tarocistką Anielską, to są narzędzia z którymi się nie rozstaję, służą do samorozwoju oraz do tego, by mi było w życiu dobrze, bo przecież o to chyba każdemu człowiekowi chodzi. Niezależnie od tego, czy ktoś wierzy w Anioły czy nie, myślę, że nawet gdybyśmy sobie smoka wymyśliły lub wymyślili, żeby nas wspierał i służył pomocą, to też będzie dobrze. Moim celem od niedawna jest również wspieranie kobiet. Mężczyźni są zawsze obok tych Aniołów, mój mąż również udaje że go nie dotyczą i że to nie jego bajka, ale wystarczy, że nie zrobię mapy marzeń lub nie postawię znanego już słoiczka w pewnym miejscu, od razu pyta, czy coś się stało. Pomimo tego że jestem anielska, to także bardzo uziemiona. Równowaga wskazana jest we wszystkim.  

Sz. J. Wróbel: Jak przeczyta się pierwszą Pani książkę oraz biografię, to można odnieść wrażenie, że główna bohaterka jest trochę Pani alter ego…
H. Socha: Trochę tak. Wyposażyłam ją w narzędzia, którymi sama operuję, więc dokładnie wiem o czym mówię, gdy piszę między wierszami, żeby wspierać się energią dobrych ludzi. Ostatnio coraz częściej pojawiają się głosy, że ludzie są samotni. Moim zdaniem nie ma czegoś takiego, nigdy nie jesteśmy samotni, wystarczy spojrzeć na nas w tej chwili. Coś nas tu skupiło i już mamy społeczność, która interesuje się tym samym czyli książką, kobiecą tematyką, Aniołami, poprawieniem własnej energii lub losu. Zawsze warto podjąć wysiłek w kierunku ulepszenia swojego życia, by było cudowne i radosne. Napisać książkę, namalować obraz, stworzyć własną przestrzeń. To nie są zabobony czy rytuały. Ja w każdym miejscu okopuje się znanymi mi przedmiotami, by poczuć się jak u siebie w domu, to mi pomaga, jak np. ten pachnący słoiczek z różnymi drobiazgami, który podczas pisania w gabineciku stoi blisko mnie i od razu robi mi się sielsko-anielsko. Gdy piszę nie słucham muzyki, skupiam się wyłącznie na tekście. Książki mogą się wydawać lekkie i proste, natomiast między wierszami jest bardzo dużo przemyconych przekazów i każdy, kto je czytał wynosi z nich coś innego. Może to być jedna linijka, jedno słowo, to już jest ważne dla mnie. Jestem obdarzona czymś takim, jak automatyczne pisanie czyli jak otwieram laptopa – kiedyś tak nie było – i otwieram miejsce, które stworzyłam do różnych opowiadań, bo często piszę trzy na raz, ale nie w jednym dniu (śmiech) i jak już w tej  ,,Anielskiej przystani” jestem za długo i zaczyna mnie nużyć sytuacja literacka, to przeskakuję do innych opowiadań. W ogóle, jak już zamknę się w gabinecie - co kiedyś było nie do pomyślenia, bo pisałam raczej późnymi wieczorami lub nocą, trochę po kryjomu, dziś tego nie robię, ponieważ wiem, że trzeba się wyspać i mieć światły rozum by pisać - na drzwiach wieszam tabliczkę-serduszko z napisem: ,,Jakby mnie ktoś szukał, to jestem w siódmym niebie”, której symbolikę rozumie mój siedmioletni wnuk i nawet nie puka, bo wie, że babcia pisze. Poza tym aktywnie uczestniczę w życiu rodzinnym i nie mam wyrzutów sumienia z tego powodu, że robię coś dla siebie. To jest mój  największy sukces.

Sz. J. Wróbel: Na początku wspomniała Pani, że książka powstała późno ale pisała Pani od  zawsze…
H. Socha: Tak, książka powstała w ciągu roku, natomiast mam wiele zeszytów, które z dzisiejszej perspektywy są moim kapitałem, zawierają sporo opowiadań, które udostępniam także na facebooku. Każda z tych krótkich form, którą uwielbiam może przerodzić się w książkę lub nie.

Sz. J. Wróbel: Druga część jest kontynuacją, to dlatego, że nie potrafiła Pani zawrzeć całej historii w tej pierwszej książce czy później przyszła tzw. wena, by kontynuować losy bohaterki?
H.Socha: Od początku miały to być trzy książki. Pierwsza część jest wprowadzeniem w anielski świat i robi to Alicja, główna bohaterka. Następuje pewnego rodzaju zaprzyjaźnienie się z nią, jak to mówią moje czytelniczki i czytelnicy – bo Panowie również czytają. Druga część jest bardziej rozbudowana, na świat nie patrzymy już tylko oczami Alicji lecz poznajemy uczucia i emocje osób partnerujących jej w książce. W treści zawarta jest Anielska Terapia, która istnieje naprawdę. Jest to zgoda na to, by w naszym życiu zaistniały zmiany. Żaden nauczyciel, guru, przewodnik duchowny nie zrobią nic w sytuacji, gdy nie będzie naszego przyzwolenia na zmiany. Mamy wolną wolę, podążamy za czymś jeżeli chcemy i odwrotnie. Duża część Anielskiej Terapii dzieje się w rzeczywistym miejscu, w którym bywam i gdzie odbyła się Anielska Terapia, może w krótszym nieco czasie, bo w życiu realnym trudno jest skupić osoby na trzy tygodnie. Kto dziś mógłby sobie pozwolić na taki luksus? Nawet mama, która nie pracuje tego nie zrobi, ale w książce? Dlaczego nie. Terapia jest zrobiona po to, żebyśmy w trzeciej części mogli towarzyszyć ludziom, którzy się jej poddali i poznali konsekwencje jej działania. Stworzyłam sporo osób, i spotkałam się nawet z zarzutem, że namieszałam i teraz trzeba zapisywać kto jest kto (śmiech). Pierwszą książkę czyta się w 24 – 48 godzin, tę drugą znacznie dłużej. Trzeba się bardziej skupić na treści, poznać wszystkich bohaterów, by orientować się dobrze w ich losach. Zaskoczyła mnie objętością. Napisałam 400 stron w Wordzie, zapomniałam kompletnie o tym, że to się mnoży razy dwa i jak oddałam książkę do korekty, to redaktorka oddzwoniła z pytaniem, czy aby mnie nie poniosło, bo książka ma ponad 800 stron. Wtedy zdałam sobie sprawę z jej objętości. Zrobiłyśmy więc taki myk, żeby to nie było 800 stron i by dobrze się czytało – wiadomo, jak są tzw. cegły, to ani się z tym położyć, ani to na kolana wziąć -  więc w zaprzyjaźnionej drukarni Pan mi powiedział, że zrobimy mniejszy front, i to nam zabierze 200 stron, a nic nam nie ucieknie. Teraz pisząc trzecią część pilnuję objętości, ale nie dlatego, że nie chcę Wam dać więcej do czytania lecz z uwagi na komfort lektury, by nie bolała ręka, oczy się nie męczyły itd., ale jeżeli mi się tematy rozejdą no to… (śmiech).

Sz. J. Wróbel: Tym bardziej chciałem nawiązać do tematyki pierwszej części, która wydaje mi się nie tyle prostsza co uniwersalna…
H. Socha: Uniwersalność była celowym zamierzeniem. Kobiety mają specyficzny sposób pojmowania życia: ,,Ja bym dużo zmieniła, ale mam dzieci” - Alicja jest bezdzietna, ma zgodę męża, bo to też jest ważna kwestia: ,,Jak Pan Bóg złączył, to nie ma mowy, by ktoś rozłączał”, a tu mąż Alicji daje jej wolność. Dalej, ma pieniądze! A dlaczego nie? Ktoś mi powiedział: ,,Ale Pani jej życie ułatwiła!” A dlaczego miałam utrudniać? Chodzi o to, żeby nie było alibi, każdy pretekst można zniwelować, każdy w każdej sytuacji może zmienić życie. Dałam Alicji wolną rękę. Pojawiły się głosy ,,Tej to dobrze!”. Chciałam pokazać, że może być dobrze, tylko trzeba się pozbyć alibi. To był zamierzony zabieg. W ,,Anielskiej terapii” jest już kilka osób, które mają bardziej złożoną sytuację życiową i one również dojdą do różnych wniosków. Zmiana zawsze jest dobra, chociaż może czasem warto wrócić do tego co było, docenić rzeczy utracone. Ostatnio dostałam wiadomość od czytelniczki, że całą noc płakała i jak ja mogłam uśmiercić tego Wiesia? A kogo miałam uśmiercić, no bo przepraszam, ale śmierć nie wybiera. ,,Wie Pani, ten Adam to taka cholera, że jakby go zabrakło, to by mi nawet ulżyło”. Ale czy życie tak wygląda? Zawsze powtarzam, że wdzięczność  jest podstawą dobrobytu.

Sz. J. Wróbel: Może warto byłoby to dziecko dodać?
H. Socha: A czy Pan musi pisać za mnie książkę? (śmiech). Mogłabym szepnąć Panu coś na ucho, ale nie mogę zdradzać trzeciej części (śmiech). Może nie idźmy już tym tropem. Poza tym myślałam kiedyś, że pisanie stanie się celem mojego życia, tymczasem jest małym odcinkiem drogi, elementem, który się pojawił, jest i będzie, który mi otworzył wiele dróg. Mam anielską naturę, tzn. nie oceniam ludzi, uśmiecham się do nich, tłumaczę sobie ich itd., jestem otwarta na wszystkie znajomości, a przez to, że zaczęłam pisać książki pojawiła się możliwość spotkań z czytelnikami, tak jak tu. Ktoś mnie zaprasza i chce posłuchać tego, co mam do powiedzenia. Pisanie oczywiście również jest dla mnie ważne, wręcz jest cudowne, przychodzi mi bez wysiłku i sprawia radość, daje przyjemność z tworzenia…

Sz. J. Wróbel:  … przy okazji innym …
H. Socha: Myślę, że tak. Pierwszą książkę pisałam dwa razy. A do czego zmierzam, mianowicie, wszystko co się nam zdarza w życiu, przychodzi w odpowiednim momencie. Gdy napisałam pierwszą część wydawała mi się idealna, fragment dałam do przeczytania córce i siedemnastoletniej wówczas wnuczce z którymi często czytamy jedną pozycję, by po lekturze wymieniać się recenzjami i emocjami. Najmłodsza z nas zapytała tak nowocześnie, skąd ściągnęłam tekst i żebym dała jej resztę, bo jest ciekawa dalszej historii, a córka stwierdziła, że wreszcie jest jakaś kobieca książka, którą może przeczytać po pracy. Na co ja odpowiedziałam, że słuchajcie dziewczyny, dalszą część muszę dopisać ale nie wiem czy warto. Więc początkowo tylko one wiedziały, wspierały mnie w pisaniu i mądrze doradzały. Jedna z osób, której dałam tekst do oceny stwierdziła, że książka jest taka jakich wiele na obecnym rynku i żebym napisała coś wyjątkowego, najlepiej o swoim życiu. Pomyślałam, że chyba zwariowała, bo przecież kto mnie zna i co ja będę pisać? Nazywam się Halina Socha i co dalej? Ale przemyślałam propozycję i doszłam do wniosku, że spróbuję. Chodziło o nauczenie się warsztatu. Zgodziłam się opisać swoje życie w formie listów, które uwielbiam pisać i jeszcze robię to odręcznie. To się nazywa ,,Listy do Marii” i w nich opisałam wydarzenia mojego życia opatrzone w pointę lub morał. Każdy list kończyłam ,,Moja droga Mario” i jaką lekcje wyniosłam tym razem. Tak upłynął rok. Jest książka, na wydanie której nie jestem jeszcze gotowa, z uwagi na jej treść. Jest bardzo osobista, i tak sobie leży w poczekalni, chociaż fragmenty nieco zmienione udostępniam na facebooku. Więc najpierw była nauka warsztatu. Wiecie jak wygląda korekta? Jest tekst, a z boku są na żółto i czerwono zaznaczone uwagi, a u mnie było tylko żółto i czerwono, więc sobie myślę, o matko! Źle? To jak ja mam to napisać? Ale się zawzięłam i koniec. Po czterech miesiącach intensywnej pracy nad tekstem dostałam pracę bez tych kolorowych uwag, bo nie wymagała już ich. I wtedy usiadłam po raz drugi do tej książki. Fabuła się zgadza, co do joty, ale styl jest zupełnie inny i dziś jestem wdzięczna M. Kuli, że powstrzymała mnie przed wydaniem pierwszej wersji, bo sama nie jestem z niej zadowolona. Mam ją, a jakże, na pamiątkę. Więc pierwszy rok pisałam książkę, drugi rok uczyłam się warsztatu i dopiero po trzech latach książka ujrzała światło dzienne. Drugą również pisałam rok, z kolei trzecia część zostanie wydana w październiku, dlatego, że wymyśliłam sobie projekt w którym uczestniczą dziewczyny z Żywca - ja je nazywam góralkami, chociaż one są z różnych stron - piszemy książkę o rodzinie, która mieszka w Wodzisławiu. Jest to fikcyjna historia o relacjach międzypokoleniowych rdzennych Ślązaków, oraz tych którzy się wżeniają do takich rodzin. Chłopak studiuje w Poznaniu, tam poznaje dziewczynę, zakochują się  i on sprowadza ją na Śląsk, do swojego rodzinnego domu. Chcę pokazać, że można żyć pod wspólnym dachem, że to się da wbrew powszechnym żartom o teściowych. Oczywiście w tle musi być Anioł i w tym przypadku jest to sąsiadka, Wiktoria. Taki będzie też tytuł książki. Imię i zwycięstwo. Ona jest mediatorem konfliktów i załagadza wszystkie kryzysy. Troszeczkę ,,bydemy godać po śląsku”, wczoraj spotkałam się z Panią która godo w kwestii nadzorowania dialogów pisanych właśnie po Śląsku, a mówionych przez babcię Anastazję, by były wiarygodne. Pani zgodziła się zostać babcią Anastazją i napisze dialogi po śląsku. Dała mi taki pokaz śląskiej godki, że ani jednego słowa nie zrozumiałam (śmiech). Myślę, że w książce nie będzie aż tak drastycznie.

Sz. J. Wróbel: Będzie książka z tłumaczeniem?
H. Socha: Zastanawiałam się nad tym, czy nie trzeba by wprowadzić jakiegoś słowniczka, ale po co ludziom mieszać w głowie, czytać instrukcję i podinstrukcję? Po prostu babcia będzie się tam pojawiała, jest dowcipna, rządzi albo wydaje się jej, że rządzi całą rodziną, one tak mają, że muszą się tak czuć (śmiech). To będzie książka z tzw. pazurkiem.

Sz. J. Wróbel: Skąd te Anioły?
H. Socha: Anioły towarzyszą mi od dziecka. Jestem jedynaczką, i to że gadałam sobie z kimś lub czymś, było w domu rzeczą oczywistą. Z kim ty tam gadasz? Z Aniołkiem odpowiadałam. I tak było. Nigdy nie widziałam Anioła dosłownie, natomiast każdemu proponuję - i takie rzeczy polecam też na terapiach, które prowadzę - by Anioła sobie wyobrazić. Gdybym na wyrywki wyrwała do odpowiedzi Panie, które już pracują z Aniołami, to one szybciutko by mi opisały ich wygląd. Dla mnie są to istoty podobne do  kryształów, dlatego  otaczam się nimi. Tu np. jest grzebień ametystu, który w dopiero w świetle pokazuje cały swój czar. Moje Anioły tak właśnie wyglądają czyli mienią się tysiącem różnych barw, błyszczą. Często śnią mi się Anioły rzeczywiste z jakimś przesłaniem, tak mam. Początkowo nie miałam świadomości tych zdolności. Dodatkowo miewam sny, które odpowiadają na moje pytania. Jeżeli mam problem, to mówię: ,,Jutro ci powiem, jak pogadam ze swoim Aniołem”. Zadaję mu konkretne pytania i proszę o rozwiązanie. To rozmowa jak z przyjacielem. I powiem szczerze, od dwudziestu lat nie zdarzyło mi się nie dostać odpowiedzi. Programowanie snów, to nie jest mój wymysł. Pozostaje kwestia, czy my tę odpowiedź rejestrujemy, zdajemy sobie sprawę, że ją otrzymaliśmy. Ja się już nad tym nie zastanawiam, tylko w prosty sposób interpretuję. Był problem z okładką. Zwróciłam się do trzech wydawnictw z prośbą o projekt, informując o czym jest książka, że o aniołach, kobieca itd. Więc dostałam projekt okładki na której był Anioł ubrany jak do komunii św. dosłownie w wianuszku, albo taki, który będzie tańczył na rurze za moment, a ostatni projekt, to był siermiężny stół z kartami anielskim na stole. Więc w ogóle dla kogoś, kto się zna na tematyce - nie do pomyślenia. Żadnej delikatności, żadnego przekazu, nic. Więc ja, wieczorem przed zaśnięciem poprosiłam mojego Anioła o przekaz i radę, co ma być na tej okładce. I we śnie pojawiło się tysiąc cudownych, wielokolorowych motyli. Miałam taką radość, że nie chciałam, by ten sen się skończył. Przypuszczam, że nawet go sobie przedłużałam (śmiech). Bo nie wiem czy wiecie, ale tak też można robić. I ten motyl z okładki, niebiesko-różowo-kolorowy, to jest właśnie motyl ze snu. Ten z części pierwszej i ostatniej różnią się fazą rozwoju, ten dopiero przepoczwarzył się, a tamten – dorosły już  osobnik, fruwa – bo to są marzenia. Projekt okładki w zamyśle był bardzo rozbudowany i bogaty, tymczasem graficzka, która pierwszy raz projektowała okładkę książki w żaden sposób na tak małej przestrzeni nie potrafiła tego nanieść. Więc na zwykłej książce, ubranej w białą kartkę rysowałyśmy wizję z mojego snu. Okładka trzeciego tomu, już zaprojektowana będzie zaskakiwać, a co tam (śmiech).  Może nie dziś, ale pokaże ją w najbliższej przyszłości na fb rzecz jasna.

Sz. J. Wróbel: Zawsze to kilka lubisiów więcej (śmiech).
H. Socha: Pewnie, lubisie mają znaczenie. Cztery lata temu w ogóle nie wiedziałam, co to jest fb. Prowadzę tak bogate życie towarzyskie, mam tylu znajomych, że mi ten fb kompletnie umknął. Komputer również nie był moją mocną stroną, umiałam wysłać e-maila, przeszłam szkołę pisania, więc piszę bardzo szybko, ale wstawiać posty i zdjęcia uczyłam się sama. U mnie zawsze jest tak, że każda nowa znajomość popycha mnie do przodu, więc koleżanka, gdy dowiedziała się, że chcę zostać pisarką, uświadomiła mi, że trzeba się pokazać światu. Gdzie? Na facebooku. Zgodziła się go prowadzić, bo ja powiedziałam, że nie mam czasu na to, ja pisze książki. Zosia się uaktywniła i ja też, w ciągu dwóch miesięcy napisałam 50 postów! Zosia nie nadążała, w pewnym momencie mówi, czyś ty oszalała! Postanowiłam, że jak mam już mieć bloga i fb, to tam musi coś się dziać. Przez ten mało doceniany facebooczek sprzedaję bardzo dużo książek, wprost ode mnie z dedykacją i przesłaniem anielskim, które zawsze okazuje się być trafnym – wiem, bo wracają do mnie informacje zwrotne. Natomiast nie patrzę na cyferki, nie denerwuję się, że ktoś ma ileś tam tysięcy, a ja tylko sześćset. Wiem na czym polegają płatne reklamy i wykupywanie głosów, nie jest mi to do szczęścia potrzebne. Połowę nakładu drugiej książki sprzedałam w ciągu tygodnia czyli jakieś trzysta książek. Napisać książkę to jest pikuś, naprawdę, natomiast wydać ją, rozreklamować i sprzedać, to jest wyzwanie i spore przedsięwzięcie. Ja się wszystkiego uczę sama.  Jak napisałam książkę, pomyślałam sobie, że następnym krokiem będzie rozesłanie jej do wydawnictw. Miałam przecieki od koleżanek, które piszą, że to bardzo długo trwa i po co mi to. A ponieważ mój mąż jest managerem sportu, pomyślałam, że zapytam u źródła. Zgodnie ze zwyczajem panującym u nas w domu, że w sytuacji, gdy jedno z nas ma kłopot proponuje drugiej stronie rozmowę, tak zrobiłam. Jednym tchem wyznałam mu, że napisałam książkę i nie wiem, co dalej. Więc on odpowiedział że, po prostu ją wydamy. Poszerzył działalność i tym sposobem został moim wydawcą. Ma to plusy i minusy.

 

Udostępnij Drukuj E-mail