Bez komentarzy

Heraklit z Efezu powiedział, że charakter człowieka tworzy jego los. Czy aby na pewno? Jedną z odpowiedzi jest najnowszy pełnometrażowy dokument Ojciec czyli o Pieronku Szymona J. Wróbla, znanego z takich obrazów filmowych jak Z Domu czy opowieści traktującej o śp. ks. J. Tischnerze -  Jego oczami.

Niebanalna historia o nietuzinkowym księdzu pochodzącym z Żywiecczyzny została wyświetlona 21 kwietnia w GOKiS w Rajczy. Po seansie  w ramach spotkań z cyklu Rozmowy Kulturalne widzowie mogli posłuchać zakulisowych opowieści reżysera oraz jednego z jego bohaterów – Michała Lewandowskiego, fotografa, dziennikarza i redaktora portalu DEON.pl, który w filmie rozmawia z ks. bp T. Pieronkiem.

 

Klaudia Wiercigroch - Woźniak: Szymonie, realizacja kolejnego dokumentu, to bułka z masłem czy im głębiej w las, tym więcej drzew?

Szymon J. Wróbel: Każdy projekt traktuję indywidualnie. Dokument to zawsze odrębna historia, różne emocje i za każdym razem jest to trudne wyzwanie.  Tutaj mamy wyjątkowego bohatera. Postać ks. bp T. Pieronka jest specyficzna i w dzisiejszym świecie bardzo potrzebna, podobnie jak spotkania z nim i słowa, które do nas mówi. Więc, to nie jest tak, że im dalej w las, tym łatwiej. Za każdym razem realizacja filmu zaczyna się od tych samych problemów i na podobnych się kończy. Natomiast cieszę się, że one powstają i są pretekstem do dyskusji.

K. W-W: Realizacja filmu to cel, droga czy przygoda?

Sz. J. W.: Trudno powiedzieć, na pewno jest to droga, na którą składa się wiele etapów. Jedne są mniej, drugie bardziej przyjemne. Film dokumentalny, to nie jest fabuła i trudno przekonać ludzi do tego, że w Polsce powstają bardzo dobre dokumenty, które opowiadają mnóstwo fantastycznych historii, a traktując o problemach równocześnie opisują nam ten świat. Jeżeli wybieramy się do kina, to raczej na rozrywkę i myślę, że w tej materii powinno się sporo zmienić i powoli zaczyna się to dziać. Zrobienie dokumentu, to jest zdecydowanie droga, wciąż trudna, ale w tym kierunku należy iść.

K. W-W: Jerzy Śladowski mówi, że jak ktoś nie ma szczęścia, to nie powinien robić dokumentów, a to, co w dokumencie kocha, to są ujęcia, których nie można przewidzieć. Bywały takie prezenty od losu w przypadku tego filmu? Zaskoczyło cię coś?

Sz. J. W.: Ciężko powiedzieć, w tym przypadku ilość środków była wyliczona, więc tego typu rzeczy nie było. Wiedzieliśmy, że musimy się śpieszyć dlatego, że biskup jest osobą zapracowaną i nie chcieliśmy go dodatkowo absorbować. Przy pierwszych dwóch dokumentach była ich cała masa, ponieważ kręciliśmy w wielu lokalizacjach. Z Domu nagrywaliśmy na Lubelszczyźnie w Muzeum Wsi Lubelskiej, gdzie faktycznie sporo rzeczy nieprzewidzianych się działo, natomiast w tym przypadku forma była prostsza, myślę, że odpowiednia do tego, by ukazać z jednej strony ojca i zaakcentować jego działalność, a z drugiej strony syna. Forma dokumentu wykluczyła nam takie rzeczy.

K. W-W: Liczy się pomysł na film czy przesłanie?

Sz. J. W.: Przede wszystkim liczy się to, by czuć temat. Jeżeli coś robisz, to żebyś wiedziała, po co to robisz. Inaczej na pewnym etapie człowiek by z tego zrezygnował, po prostu. Przychodzą trudniejsze momenty i wówczas, gdybym nie był przekonany w stu procentach o słuszności i ważności projektu, to bym z niego siłą rzeczy zrezygnował.

K. W-W: Znów rzucasz widza na głęboką wodę – dokument nie jest łatwą formą narracji – ambitne kino, trudne tematy, wkładasz kij w mrowisko w białych rękawiczkach…

Sz. J. W.: Musimy rozmawiać o kościele, zwłaszcza otwartym i musimy pokazywać go w formie przedstawicieli, którzy są w stanie prowadzić dialog i wzbudzać szacunek. Bp T. Pieronek współpracował chociażby z prezydentem A. Kwaśniewskim, który jest ateistą, a który cały czas wypowiada się o nim z wielkim szacunkiem, więc to jest wydaje mi się niezwykła sztuka, podobnie jak sztuką jest pojechać na Woodstock wiedząc, że padnie tam wiele niewygodnych pytań. Oglądaliśmy materiał z tego spotkania i faktycznie bp Tadeusz sielanki tam nie miał, ale to jest potrzebne. Cieszę się, że to nagranie z Woodstocku mogliśmy wykorzystać w filmie. Pierwsze pytanie, które zadał młody chłopak, trwające 1,5 minuty jest niezwykle ważne w mojej ocenie, ponieważ zawiera co najmniej dziesięć innych pytań, które zadaliby moi rówieśnicy i biskup spokojnie na nie odpowiedział. Śp. Ks. J. Tischner mówił, że nie zna nikogo, kto straciłby wiarę po przeczytaniu Nietschego, a zna ludzi, którzy stracili wiarę po spotkaniu z własnym proboszczem, i myślę że takich przypadków wciąż jest sporo. Dalej jest grono młodych ludzi zadających trudne pytania, na które nie potrafią znaleźć odpowiedzi. Pytanie na kogo trafią, czy na takiego ,,Pieronka” czy na kogoś, kto ich odsunie na margines i w konsekwencji oni z tego kościoła odejdą, dalej mamy problem apostazji tak modny dziś, więc  na tym polu jest wciąż kawał roboty do zrobienia, to trzeba dostrzegać, zauważać i o tym mówić. Myślę, że bp Pieronek doskonale to widzi i czuje, i na tyle na ile ma możliwość reaguje.

K. W-W: Mówi się, że dokument, to jest zaglądanie w duszę. Czy też masz takie poczucie podczas realizacji dokumentu, że zawsze wchodzisz głębiej w osobowość bohaterów?

Sz. J. W.: Tak, ale na tyle, na ile mi pozwalają. Nigdy nie przekraczam granic.. Nie lubię dokumentów, które bazują na tym, iż można komuś zrobić krzywdę, poprzez pokazanie pewnych rzeczy, jak to ma miejsce w słynnym, nagradzanym dokumencie Komunia, gdzie pokazanie rodziny moim zdaniem przekroczyło wszelkie granice. Konsekwencją tego mogło być to, że dzieci mogłyby zostać odebrane matce tylko dlatego, że ten film powstał. Więc zdecydowanie nie przekraczam, chociaż wiadomo, że człowiek zżywa się z bohaterami  swoich dokumentów.

K. W-W: Mam wrażenie, że kluczowym słowem w przypadku dokumentu jest zaufanie…

Sz. J. W.: To prawda, trzeba kogoś przekonać, iż jest to potrzebne, ważne i że nikt nikomu nie zrobi krzywdy. Czasem to zaufanie jest, a czasem go nie ma. Z tego powodu nie udało mi się zrealizować kilku dokumentów i wszystkie dotyczyły żeńskich bohaterek, natomiast mężczyzn zawsze udawało mi się przekonać do swoich pomysłów. Odpuściłem, stwierdziłem, że nie będę nachalny i nie będę wchodził z butami przez komin.

K. W-W: Dokument jako charakterystyczna forma twojej ekspresji wynika z twojego dziennikarskiego zacięcia? Sprawia, iż jako dziennikarz widzisz więcej?

Sz. J. W.: Myślę, że każdy patrzy szerzej jak otworzy oczy.

K. W-W: Ale nie każdy znajduje ciekawe tematy i od razu kręci filmy…

Sz. J. W.: Ale te tematy są właśnie po to, by o nich rozmawiać. Film jest tylko zachowaniem w klamrze pewnej historii, a głównym celem jest dialog po nim następujący. Cieszę się, że gdziekolwiek z nim jestem, mogę o nim rozmawiać i starać się odpowiadać na te pytania, które padają z widowni, a których często ludzie nie mają gdzie zadać. Moja dziennikarska dociekliwość? Myślę, że w jakimś stopniu na pewno. Dziennikarski fach, który uprawiałem przez kilka lat z pewnością ma na to wpływ. Zawsze byłem ciekaw drugiego człowieka i lubię kontakt z ludźmi. Każdy z nas jest na swój sposób intrygujący i jak tutaj siedzimy, o każdym z nas można byłoby nakręcić film, bo każdy ma swoją historię do opowiedzenia.

K. W-W: Michale to twój debiut na dużym ekranie?

Michał Lewandowski: Raz byłem statystą, ale to było dawno temu, więc w takiej roli – tak. Dzięki Szymon, że mogłem wziąć udział w twoim projekcie. Ja wrócę do Twojego wcześniejszego pytania o nieprzewidziane momenty, czy były takie, bo mi się wydaje, że były, a z pewnością jeden.

Sz. J. W.: Twój ból zęba.

M. L.: Ból zęba to jest ciekawa anegdota (śmiech), ale opowiem inną historię. Siedzimy na deskach Teatru Starego i zadaję bp Pieronkowi pytanie na temat spotkania rodziny tuż po wojnie i widzę, jak narasta w nim wzruszenie i mam wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Nie wiedziałem czy zadawać kolejne pytania i wwiercać się w duszę, dotykać tkanki tak żywej, że jeszcze krok i biskup powie – nie, nie jestem w stanie mówić dalej. Z drugiej strony trzeba było rozmowę kontynuować, więc dla mnie to był moment z tych nieprzewidzianych i jeden z najtrudniejszych w całym nagraniu trwającym około czterech godzin. Zadaję pytanie i widzę, że otwiera się coś niesamowitego czego nie przewidziałem. Podobnie emocje wywołało pytanie dotyczące wyboru ks. Karola Wojtyły na papieża w 78’. Te dwa momenty były dla mnie trudne. A ból zęba to inna historia. Zaraz po nagraniu poszedłem do dentysty, więc rozmowa jest zrobiona z bolącym od dwóch dni zębem.

K. W-W: Będąc dziennikarzem niejeden wywiad masz w biogramie, czy ten z ks. bp T. Pieronkiem różnił się od innych? Czułeś na swoich barkach odpowiedzialność?

M. L.: Oczywiście, że tak. Wywiady, które przeprowadzam zwykle nagrywam, potem spisuję i autoryzuję, a materiał ukazuje się na portalu, gdzie jeszcze można coś dopisać lub zmienić. Tutaj wyjątkowy rozmówca, człowiek, którego znam z Tygodnika Powszechnego i z telewizji, i nagle ja, dziennikarz z dwuletnim doświadczeniem muszę się z nim zmierzyć – zmierzyć, bo tak traktuję każdy wywiad, jako pewnego rodzaju małą bitwę – i pokonać poczucie swojej małości. Natomiast myślę, że największym wyzwaniem była forma tego wywiadu, bo do tej pory specjalizowałem się w wywiadach pisanych i drukowanych, a tutaj mamy czterogodzinne nagranie, które co prawda nie jest programem na żywo, co było zaletą, ale wiedziałem, że muszę się kontrolować, pilnować jak siedzę, jak się zachowuję, reagować na bieżąco itp. Założenie było takie, że musi być kilka godzin materiału, więc największym stresem było to, co w momencie, gdy skończą mi się pytania i biskup przestanie mówić. To jest największy strach chyba każdego dziennikarza.

Sz. J. W.: Biskup ma w sobie coś takiego, co wzbudza respekt. Kiedy skończyłem film, znajoma z polskiej agencji prasowej zadzwoniła do mnie i powiedziała, że nie wierzyła, iż ja go skończę, ponieważ ona, jak się ma umówić z ks. biskupem na wywiad, to przez tydzień jest chora. Pomimo tego, że bp T. Pieronek jest człowiekiem bardzo otwartym i często żartującym, to przez kilka pierwszych minut przebywania z nim rzeczywiście czuć dystans. Jedna z wielu historia, która nie weszła do filmu, mianowicie - siedzę przed kamerami, mam podgląd obrazu z każdej z nich i w słuchawkach słyszę dokładnie, to co idzie z mikrofonów. Michał zadał pytanie biskupowi o ostatnie słowa, jakie usłyszał od ojca przed jego śmiercią, biskup przez moment się zamyślił i byłem przekonany, że to będzie jakieś wielkie przesłanie, które ojciec zostawia synowi na łożu śmierci, a tu okazuje się, że ostatnimi słowami było zdradzenie, gdzie są schowane pieniądze (śmiech). To było moje wielkie rozczarowanie, bo liczyłem na jakąś soczystą myśl, puentę, która zostanie gdzieś w głowie, a tutaj takie coś. Zresztą, potem biskup mówił, że tych pieniędzy nie było wiele, parę dolarów raptem.

K. W-W: Michale, Jak przebiegała współpraca z Szymonem na planie? To wymagający reżyser?

M. L.: To jest złoty człowiek. Nie wiem co mam teraz powiedzieć, bo my się z Szymonem już trochę znamy (śmiech). O! Raz mnie zganił! Prawie, nakrzyczał na mnie! Zagrzebałem się w historii przedwojennej bp Pieronka i w czasach wojny i nagle słyszę takiego Szymona, który z drugiego końca desek Teatru Starego woła ,,No wygrzeb się już z tej wojny, po prostu! Musimy iść dalej!”. To był chyba jedyny moment, kiedy nasze wizje rozmowy się rozjechały. Potem już wszystko szło dobrze.

Sz. J.W.: Tak, w pewnym momencie miałem obraz, że będziemy mieć materiał dotyczący tylko wojny, co oczywiście jest ważnym elementem, ale biografia ks. biskupa jest tak szeroka i on na tak wielu płaszczyznach współpracował, jak chociażby najnowszy konkordat z 97’ czy obecna konstytucja, więc przestrzenie, o które można było pytać, było mnóstwo. Ten film to jest fragment jego historii. Zaledwie wycinek.

M. L.: To był też mój problem – jak przygotować się do filmu, który w 90 min pokazuje historię bp Pieronka, która jest niesamowicie rozległa, już abstrahując od faktów dotyczących tego, co się działo po wojnie, czy współpracy z ks. K. Wojtyłą. Mamy człowieka, który jest jedną z głównych postaci episkopatu i rodzącego się dialogu kościoła z państwem w latach 90’, zaraz po upadku komunizmu i moim zdaniem, jest to ogromna, najbardziej aktywna zawodowo część życiorysu bp Pieronka i teraz, jak wszystko umiejętnie pokazać?

K. W-W: Moja pierwsza myśl po premierze filmu - jak tworzyłeś listę pytań, by ukazać tak ważną postać polskiego kościoła, a przy tym człowieka z krwi i kości?

M. L.: Myślę sobie, że w tym filmie również chodziło o pokazanie sylwetki ojca, która jest gdzieś w tle i jest tłem do tego przesłania. Tytuł jest dwuznaczny, bo Ojciec, czyli o Pieronku, chodzi o ojca bp Pieronka, ale też o ojca w sensie biskupa. Była to dla mnie pewnego rodzaju trudność, ale myślę, że sobie poradziłem.

K. W-W: Ojciec, czyli o Pieronku - o tym, kto jest bohaterem dokumentu dowiadujemy się na końcu, ale tak naprawdę bohaterów jest dwóch, bardzo sprytny haczyk zastosowałeś…

Sz. J. W.: Każdy z trzech tytułów moich filmów jest tak skonstruowany, by każdy indywidualnie go sobie interpretował. 

K. W-W: Skąd pomysł na ten film?

Sz. J. W.: Byliśmy na Dniach Tischnerowskich w Gdańsku i podczas jednej z kolacji z W. Bonowiczem, poetą i dziennikarzem i J. Podsadecką, która kończyła wówczas książkę Dasz radę z ks. J. Kaczkowskim, o którym już było wiadomo, że umiera i to są ostatnie jego dni, Wojtek rzucił hasło, że właściwie taką ostatnią nieudokumentowaną postacią historii polskiego kościoła jest bp T. Pieronek. Wtedy nie miałem pomysłu na ten film, kręciłem materiał do projektu Z Domu i odezwała się do mnie dyrektor przedszkola w Radziechowach, pani M. Kasperek z informacją, że ma dokumenty dotyczące wysiedleń rodziny Pieronków z żywiecczyzny i gdy je zobaczyłem, a zwłaszcza wiersze pisane przez ojca biskupa, to stwierdziłem, że jest to niezwykła postać mająca ogromny wpływ na ks. bp Pieronka. Tak też było, chociaż biskup Tadeusz na ostatnim spotkaniu stwierdził, że ojca w domu praktycznie nie było i wychowywała ich mama, co nie zmienia faktu, że ojciec, legiony Piłsudskiego, niewola, powrót z niej pieszo z obecnych terenów Ukrainy i późniejsze szykanowania powojenne Władysława Pieronka są gotowym materiałem na odrębny film. Poza tym zostawił on po sobie tekst Śladem życia, który moim zdaniem, jest gotowym przepisem na rozwój obecnej gminy, tam tylko parę rzeczy trzeba byłoby dostosować do współczesnych realiów i jest to gotowa recepta na to,  jak zrobić piękną gminę turystyczną i oni to realizowali już w 1932 czy w 1935 r. A dziś nikt do tego nie chce wrócić, kompletnie tego nie rozumem, ale to tylko moja opinia.

M. L.: Taka myśl mi teraz przyszła do głowy, że zarówno ten film, jak i film o ks. J. Tischnerze, to są odpowiedzi na współczesną tendencję zapominania. Nie pamiętam, czy to mówił kiedyś W. Bonowicz czy ktoś inny, ale są takie postacie z kościoła, które myśmy przegrali. Jeżeli chodzi o ks. Tischnera, to jeżeli zapytamy o niego kogokolwiek na ulicy, to zwykle ktoś będzie wiedział kim był, ale generalnie średnio. Jak zapytamy o J. Turowicza z Tygodnika Powszechnego, to nikt nie będzie wiedział, mam nadzieję, że teraz uogólniam i że jest inaczej. Bardzo bym chciał, żeby ten film był taką odpowiedzią na tendencję właśnie takiej naszej współczesnej amnezji.

Sz. J. W.: Jest też wielka postać z Buczkowic, która odegrała znaczącą rolę dla tych wspomnianych wyżej osób czyli bp J. Pietraszko, dziś postać zapomniana, chociaż trwa jego beatyfikacja, natomiast kogokolwiek byśmy nie zapytali lub gdziekolwiek byśmy nie poczytali o nim, odbieramy sygnały, iż odegrał ważną rolę dla ówczesnego kościoła.

M. L.: Spotkałem się kiedyś z taką tezą, iż prawdopodobnie nie byłoby ks. Tischnera oraz ks. K. Wojtyły w takim wydaniu i kształcie myślenia jakim ich znamy, gdyby nie bp Pietraszko, a my o nim nic nie wiemy.

K. W-W: Wyobrażam sobie dwie sceny, przychodzi młody człowiek do biskupa i mówi, że chce nakręcić o nim film, jak reaguje bp T. Pieronek?

Sz. J. W.: Ja bp Pieronka trochę podszedłem, mówiąc mu, że chcemy nakręcić materiał trochę o jego ojcu, a trochę o nim, wtedy odesłał mnie do brata - Pana M. Pieronka z którym spotkałem się kilkakrotnie i jemu ten pomysł się spodobał. Ten film to było wyzwanie, miałem respekt, znaliśmy się już z filmu Jego Oczami w którym wystąpił. Jakiejś specjalnej reakcji chyba nie było. Jechaliśmy ostatnio z ks. bp do Warszawy na projekcję tego filmu w sejmie i w trakcie podróży biskup odebrał telefon z informacją o śmierci sekretarza z czasów kiedy był rektorem na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Całkowicie chłodna reakcja. Biskup jakoś specjalnie nie wyraża emocji. Chcesz zrobić film, to zrób.  I tyle. Ale skonsultuj się z bratem.

K. W-W: Przy realizacji każdego filmu są obawy, jak zostanie przyjęty przez krytykę, w tym przypadku krytykiem jest główny bohater…

Sz. J. W.: Zawsze są obawy, jak film zostanie przyjęty przez publiczność i krytyków filmowych. Bp Pieronek film zobaczył dużo wcześniej, ponieważ zawsze wysyłam gotowy materiał przed premierą, by uniknąć nieporozumień. Powiedział, że jest ok i możemy go w takiej formie upubliczniać.

K. W-W: ,,Charakter człowieka tworzy jego los" powiedział Heraklit z Efezu, w tym przypadku należałoby się zgodzić z tą tezą?

Sz. J. W.: Michał pytanie do ciebie, bardziej filozoficzne (śmiech).

M. L.: Nie mamy tyle czasu, żeby rozbierać tę tezę na czynniki pierwsze. Pytałaś o charakter… nie wiem. Jak mam przeprowadzić z kimś wywiad, to na dobrą sprawę, nie wiem czego się mogę spodziewać. I tak naprawdę wolę tego nie wiedzieć. W tym przypadku o biskupie czytałem dość sporo i słuchałem jego wypowiedzi, także dlatego, żeby zobaczyć, jak reaguje na pytania. To jest sztuczka dziennikarska lub metoda jedna z wielu – zobaczyć lub posłuchać, jak dana osoba odpowiada na pytania. Faktycznie bałem się tego, o czym wy mówicie, że biskup będąc prawnikiem z prawa kanonicznego będzie odpowiadał szorstko i pojedynczymi zdaniami. Wtedy pytania, których trochę przygotowanych miałem szybko się wyczerpią i ta perspektywa mnie przerażała. Natomiast, po pierwszych trzydziestu minutach bp Pieronek się rozkręcił, dając dowód na to, że jest osobą niezwykle ciepłą, ciekawą i opowiadającą wiele anegdot, które w filmie się nie znalazły. Sytuacja, która pokazuje serdeczny charakter ks. biskupa jest ta, kiedy dwa miesiące później spotkałem się z nim na Wawelu przy okazji kolejnego z nim wywiadu, tym razem na portal DEON.pl. Dzwonię do biskupa z informacją, że już jestem, on instruuje mnie, co mam nacisnąć, by wejść na górę i ja to wykonuję przez kolejnych pięć minut, w tym momencie zaczyna padać rzęsisty deszcz, moknę, bo nie mam parasola, nie mogę otworzyć drzwi i nagle słyszę głos z góry, z balkoniku: ,,To trzeba mocniej nacisnąć!” Jestem przerażony, myślę sobie, drugi wywiad, biskup już na mnie krzyczy, jestem cały mokry i mam z nim rozmawiać w takim stanie na temat antyklerykalizmu w kościele. Biskup specjalnie zszedł z góry, żeby otworzyć drzwi, ja przemoczony, zostawiam wodę na tych marmurach wawelskich, wchodzę do mieszkanka ks. biskupa i co się okazało? Był to jeden z najserdeczniejszych wywiadów w moim życiu. Stresy i traumy zniknęły wraz z podaniem przez bp Pieronka kawy słodzonej miodem, którą serwuje wszystkim gościom, więc obraz kreowany przez media nie jest do końca prawdziwy.

Sz. J. W.: W ogóle pokolenie ludzi, którzy przeżyli wojnę jest wyjątkowe.  Mam takie obrazy w głowie, jak w przypadku ks. A. Bonieckiego, J. Żakowskiego czy ks. biskupa, że jak się wchodzi do ich domów, to one całe są w książkach. Dla mnie jest to niesamowite zjawisko. Ks. bp Pieronek i podobnie ks. A. Boniecki przy fotelach na wyciągnięcie ręki mają książki, które czytają aktualnie. Bp Tadeusz książki trzyma już na strychu, bo w mieszkaniu się nie mieszczą.

K. W-W: Film został wyświetlony w sejmie, wystąpiłeś tam w koszulce z napisem ,,kultura jest ważna”, podkreślasz w wywiadach, iż robisz filmy po to, by były pretekstem do dyskusji na ważne tematy i dawały do myślenia. Czy my potrafimy rozmawiać i wchodzić w kulturalny dialog?

Sz. J. W.: W październiku 2014 roku pojechaliśmy z pierwszym filmem do Lwowa na festiwal filmów najnowszych, wtedy zaczynało się kotłować na Ukrainie. Na kolacji z konsulem rozmawialiśmy na ten temat i powiedział, że Rosjanie weszli tam, bo u nich kultura praktycznie nie istnieje, nie ma tożsamości, oni właściwie nie wiedza kim są i nigdy nie zwracali uwagi na kulturę, więc w tym kontekście należy o tym mówić i jest to potrzebne. Ktoś kto nie docenia wartości kultury dla mnie jest dziwną postacią, chociaż wciąż panuje u nas tendencja, że jak się oszczędza, to zwykle na kulturze. To też jest problem naszych filmów, wszystkie robię bez rządowych dotacji, właściwie własnym sumptem,  więc są to niskobudżetowe produkcje mówiąc delikatnie.

M. L.: Jest taka anegdota przypisywana W. Churchillowi, mówiąca o tym, że w czasie wojny ktoś go zapytał, dlaczego za te pieniądze, które z budżetu państwa idą na teatry, nie zrobić więcej bomb, armat, okrętów itd., a wtedy Churchill miał powiedzieć, że gdybyśmy to zrobili, to nie ma po co prowadzić wojny. I chyba o to chodzi. Kultura jest czymś co – teraz to zabrzmi górnolotnie i pójdę w wysokie C – sprawia, że jesteśmy ludźmi. Bez niej bylibyśmy biologicznymi stworami, które zaspokajają potrzeby, natomiast czy my potrafimy rozmawiać o kulturze? Nie mam pojęcia, myślę, że to jest szerszy temat czy my w ogóle w Polsce i w jaki sposób rozmawiamy. Wydaje mi się, że te dyskusje są zagłuszane z różnych stron i np. etos polskiej solidarności, który był w latach 80’ udowadnia, że jest w nas coś takiego, co sprawia, że potrafimy rozmawiać na różne tematy nie tracąc przy tym szacunku do siebie. T. Mazowiecki kiedyś mówił, że można się spierać, ale nie można się nienawidzić. To jest puenta, która powinna brana być pod uwagę w kulturze.

K. W-W: Maciej Misztal, dyrektor Lubelskiego Festiwalu Filmowego Złote Mrówkojady powiedział, że Szymon Wróbel nie agituje, nie szuka sensacji, a Ojciec, czyli o Pieronku ma źródło w szczerym zainteresowaniu autora swoim bohaterem. Spotkałeś się z przeciwstawną opinią? Jak film został przyjęty w kościele?

Sz. J. W.: Film został tak przyjęty, że nie chodzą na niego księża mimo tego, że wielu z nich jest wychowankami biskupa. Spodziewałem się tego, chociaż nie ma w nim  epatowania sensacją  i nie będzie też w książce, pomimo wątków dotyczących  Radia Maryja. W filmie zależało mi na pokazaniu historii od A do Z, w najlepszy możliwy sposób. Zresztą, żaden mój film nie epatuje polityką, ani tanią sensacją. Uważam, że z ekranu powinny bić emocje takie jak śmiech i łzy.

K.W-W: W filmie widzimy m.in. ks. A. Bonieckiego, J. Owsiaka czy M. Zająca, autora książki „Bez znieczulenia. Z bp Tadeuszem Pieronkiem rozmawia Marek Zając”, jak dobierałeś bohaterów, wiem, że starasz się, by ich było jak najmniej…

Sz. J. W.: Zdecydowanie jak najmniej, by główna postać nie schodziła na dalszy plan. M. Zając pojawił się dlatego, że zrobił wywiad – rzekę z bp Pieronkiem, wiedziałem, że ma ogromna wiedzę, a J. Owsiak? Zależało mi na nim, gdyż chciałem podkreślić Przystanek Woodstook i ASP czyli Akademię Sztuk Przepięknych, miejsce gdzie spotykają się młodzi ludzie z różnymi autorytetami i dyskutują na różne tematy. Fantastyczna idea. A ks. A. Boniecki?  Chciałem kogoś z Tygodnika Powszechnego, żeby wypowiedział się z perspektywy dziennikarskiej funkcji ks. biskupa, a wiadomo, że biskup co tydzień pisze felietony w Gazecie Krakowskiej. Kiedy zaczynaliśmy kręcić materiał ks. Adam miał zakaz wypowiadania się w mediach, kiedy kręciliśmy zakaz został zniesiony, a kiedy film się ukazał - ponownie nałożony.

K. W-W: Ksiądz bp T. Pieronek to niezwykle ważna postać w polskim kościele zwłaszcza dla ludzi młodych, tzw. poszukujących, jak mawiał ks. Tischner, mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, myślę, że odejście niektórych kapłanów lub zakazywanie im wypowiedzi w mediach, to są wyrwy których nie da się zasypać i przejść dalej do porządku dziennego, no właśnie czy to jest dokument dla poszukujących?

Sz. J. W.: Zdecydowanie tak. Dla ludzi, którzy chcą zadawać pytania, którzy szukają, zastanawiają się czy ten kościół jest dla nich, czy w tym szerokim pojęciu kościoła oni się odnajdują czy to jest może miejsce dla wybranych. Po to m. in. on powstał.

K. W-W: Co się stanie, gdy zabraknie takich osób jak bp T. Pieronek, ks. A. Boniecki…

Sz. J. W.: Łapmy ich i próbujmy zatrzymać w tej kapsule czasu jakim jest film, wywiad, czy cokolwiek innego. Trzeba te postacie dokumentować.

M. L.: Takie osoby w kościele są i będą zawsze. Mówię to z perspektywy dziennikarza portalu ściśle katolickiego. Taką osobą był ks. J. Kaczkowski i jest siostra M. Chmielewska.

Sz. J. W.: Jest bp G. Ryś.

M. L.: Tak, to są niesamowite osoby, które pokazują kościół, który nie wyklucza…

K. W-W: … otwarty?

M. L.: Mam problem z pojęciem kościół otwarty, wolę - chrześcijaństwo otwarte. Mówimy o całej religii, chrześcijaństwie, które nie wyklucza, zaprasza ludzi do środka, które pokazuje, że Bóg nie jest, jak to mówił ks. Kaczkowski - paskudnym dziadem, który z nieba z wielkim placem wskazującym mówi: ,,A teraz Kaczkowski nie podoba mi się twoja morda i będę ci zsyłał choroby”. Pan Bóg taki nie jest. Pokazywanie chrześcijaństwa otwartego na drugiego człowieka i akceptującego go z jego słabościami i mimo ich włączającego go do wspólnoty, to jest coś czego my teraz bardzo potrzebujemy.

Sz. J. W.: Ważne jest to, że te osoby do końca pozostały sobą, zarówno Św. J. Paweł II jak i śp. Ks. J. Tischner, Woźniakowski czy Kisielewski, oni wszyscy byli wierni sobie lub są wierni.

M. L.: Myślę, że te osoby z przeszłości są też zadaniem dla nas, które polega na tym, żeby nie tylko wpatrywać się w nie i mówić, że kiedyś były, ale żeby inspirować się ich postawą i stawać się podobnymi do nich. To musi trwać i iść do przodu, te postacie są lustrem, w którym my odbijając się tworzymy coś nowego. Samo konserwowanie powoduje zastój.

K. W-W: Góralszczyzna to prawda o człowieku, faktycznie, tu nie ma masek, nie można grać, ten region determinuje naszą osobowość?

Sz. J. W.: Faktycznie, tu nie ma masek, gier i pomników. Ks. Tischner nie ma ani jednego pomnika z czego bardzo się cieszy Pan Kazimierz, Jan Paweł II ma ich mnóstwo, a myślę, że największą radość czerpie  z tego, co założył notabene z bp Pieronkiem czyli z Fundacji Dzieła Nowego Tysiąclecia, która wspiera młodych zdolnych ludzi nie mających środków na kształcenie.  To jest największy pomnik Jana Pawła II w Polsce.

K. W-W: Góralszczyzna, wiara i dobra kuchnia… w trzech słowach można dokonać charakterystyki bp Pieronka, a jaki wy macie obraz?

Sz. J. W.: Jego zawołanie czyli in veritas – w prawdzie. Myślę, że on jest cały czas temu zawołaniu wierny bez względu na upływający czas i krytykę.

M. L.: Trzy słowa: otwartość, ciepło i zimne piwo. Jest taka historia, która również nie weszła do filmu, opowiadająca o tym, jak ks. bp Pieronek z ks. Malińskim odbyli podróż po Europie na skuterze i ja też chciałbym taką podróż odbyć z ks. bp i napić z nim zimnego piwa.

K. W-W: Czy ciebie Szymonie jako reżysera zaskakuje jeszcze efekt końcowy dokumentu? Czy jest to możliwe?

Sz. J. W.: Pewnie jakieś drobne rzeczy bym zmienił, coś bym przemontował, natomiast jeżeli z materiałem pracuje się cały czas i ogląda się go po kilkaset razy, to później człowiek traci dystans do niego. Zawsze udzielają mi się te same emocje i jest to dla mnie pewnego rodzaju pułapka. Wzrusza mnie zwłaszcza wątek oświęcimski, tak obcy współczesnym młodym wychowanym w warunkach cieplarnianych.

K. W-W: Premiera filmowa, to jest moment kiedy dzieło zaczyna żyć swoim życiem, oddychasz wtedy z ulgą?

Sz. J. W.: W jakimś stopniu tak, film zaczyna żyć swoim życiem na tyle na ile potrafi i może. Ważne jest to, że nie jest zrobiony przez żadną ważna wytwórnię czy szkołę filmową, która musi kreować swoich twórców.

K. W-W: "Dla mnie to wielki zaszczyt, że Jerzy Owsiak zgodził się wziąć udział w tym projekcie i poświęcił nam sporo czasu. Ksiądz biskup pojawił się na Przystanku Woodstock w 2012 roku. Jadąc tam, powiedział ważne zdanie dla naszego filmu: „Dzisiaj nie boję się już żadnych pytań” - powiedziałeś w jednym z wywiadów. Michale czy były jakieś pytania których nie miałeś odwagi zadać bp Pieronkowi?

M. L.: Nie pytałem o to piwo, chociaż niedaleko Wawelu jest dobra knajpka serwująca pyszne piwo, co ciekawe warzone na miejscu. Bałem się momentu, w którym musiałem zadać biskupowi pytanie o śmierć, natomiast w momencie kiedy ono padło ks. biskup bardzo spokojnie odpowiedział, że się jej nie boi, bo co mu może zrobić? To jest typowo ,,pieronkowe podejście” do pewnych rzeczy. Trochę zadziorne. Czy było takie pytanie? Chyba nie. Starałem się wykorzystać wszystkie jakie miałem, aczkolwiek największy stres miałem zadając pytania o przemijanie, co nastąpi w życiu każdego z nas raz wcześniej raz później, w tym przypadku dla mnie było to szczególnie ciężkie. Gdybym miał rozmawiać po raz drugi zadałbym te same pytania, może trochę więcej tych związanych z przemijaniem, bo w ustach ks. biskupa odpowiedzi brzmią szczególnie wymownie. 

K. W-W: Szymonie z pewnością są materiały, które nie weszły do filmu, natomiast nie wpadły one w próżnię bowiem…

Sz. J. W.: Pracujemy nad dokończeniem filmu w wersji książkowej, która się ukaże w październiku i będzie zawierała wszystkie materiały, które nie znalazły się w dokumencie plus rozmowy z osobami współpracującymi z biskupem na przestrzeni lat czyli prof. T. Gadacz - były sekretarz ks. J. Tischnera, prof. ks. A. Luter, prezydent Kwaśniewski, J. Gajos, J. Żakowski, M. Olejnik i M. Przeciszewski prezes KAI, przy której powstaniu bp Pieronek również brał udział. Dodatkowo w książce znajdą się wszystkie wiersze, które w filmie recytowali młodzi ludzie. Bardzo zależało mi na tym, by trafiły one do druku i kompletnie nie rozumiem, dlaczego do tej pory się tak nie stało. Jest ich ok tysiąca stron , w książce będzie ok siedemdziesięciu. Trafią wreszcie do ludzi w całej Polsce, co mnie bardzo cieszy, bo są warte uwagi. Historia, również naszej żywiecczyzny w tych tekstach odbija się szerokim echem. Jest zgoda rodziny Pieronków na wykorzystanie tych materiałów oraz akceptacja pomysłu. Udało mi się w książce przemycić życiorys ojca, biskup często jest krytykowany za swoją postawę, a nikt nie spojrzy na to, kim był jego ojciec. Czas to zmienić.

K. W-W: Trzeci dokument dotykający żywiecczyzny… skąd taki lokalny filmowy patriotyzm?

Sz. J. W.: Nie wiem czemu, to trudne pytanie … Nie robię filmów z myślą, że one muszą być o Żywiecczyźnie. Tematy same przychodzą do mnie i super, że w ten sposób można ją przy okazji  również promować. To jest ważne dla mnie. Zawsze podkreślam skąd jestem, bo uważam że mamy piękne tereny, o których warto głośno mówić, to jest nasz skarb. Mamy wspaniałą kulturę góralską, kiedyś ks. Tischner powiedział, że jeżeli jakiejś tezy nie da się przetłumaczyć na język góralski tzn. że jest nieprawdziwa. To jest coś, co powinniśmy kultywować, cieszę się, że się tu wychowałem, a to że przypadkowo tematy te zahaczają o nasze tereny, to jest to dodatkowy bonus. Ale nie są kręcone z myślą przewodnią, że mają traktować o sprawach stąd. Po prostu są ważne dla mnie w danym momencie.

K. W-W: Andrzej Wajda powiedział, że historia nie jest po to żebyśmy się nią przechwalali, z historii należy się uczyć. Odnoszę wrażenie, że w każdym twoim dokumencie starasz się tę myśl kontynuować…

Sz. J. W.: W jakimś stopniu na pewno, ciekawe kiedy to A. Wajda powiedział, bo za każdym razem jak miałem przyjemność się z nim spotkać, to zawsze obok stała żona, która korygowała wszelkie jego wypowiedzi (śmiech). Niezwykła kobieta, pani K. Zachwatowicz towarzysząca mu na każdym kroku. A. Wajda to kolejny ważny temat na film, ,,Powidoki” jego ostatnie dzieło obrazujące w jaki sposób kulturę można zdeptać i poniżyć, jeżeli traktuje się ją instrumentalnie, ukazujące co władza może zrobić z artystą. Przeszedł bez echa, a powinno się do niego wracać.

K. W-W: Podobno trochę jesteś zmęczony poważnymi tematami i jest pomysł na coś lżejszego w odbiorze…

Sz. J. W.: Chciałbym nakręcić coś lżejszego, np. takie tournee z zespołem rockowym. Myślę, że byłoby to coś ciekawego. Tematy jakie podejmuję w filmach są trudne z uwagi na ich ważność, a to że mogą komuś pomóc, nakierować na jakiś tor myślenia, zmienić punkt widzenia to dodatkowy argument. Teraz myślami jestem przy książce, która będzie kolejnym pretekstem do rozmów. A jak będzie czas pokaże.

K. W-W: Jak długo żyją w tobie dokumenty od czasu ich zrealizowania?

Sz. J. W.: Jestem w ciągłym kontakcie z  bohaterami moich filmów, dzwonimy do siebie, wysyłamy kartki świąteczne, odwiedzamy, więc one cały czas żyją.

K. W-W: Czego ci życzyć jako reżyserowi?

Sz. J. W.: Zdrowia, bo jak będzie zdrowie, to sobie jakoś poradzimy.

M. L.: Mówisz zdrowia, a myślisz Oskar, Złoty Niedźwiedź…

Sz. J. W.: Przejdź się do apteki (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

Udostępnij Drukuj E-mail