Oceny: (2 razy)
PLG_VOTE_USER_RATING
Bez komentarzy

Współczesna definicja Adwentu mogłaby chyba brzmieć tak – miesięczny okres powszechnej bieganiny i gorączkowych przygotowań oraz wzmożony czas pracy w handlu poprzedzający Święta Bożego Narodzenia. Rok temu, kiedy na około dwa tygodnie przed Wigilią wybrałam się do galerii handlowej, obiecałam sobie uroczyście, że więcej tego nie zrobię – czułam się jak w lunaparku, wszystko grało, śpiewało, świeciło i mieniło się milionem barw, jak w horrorze… aż trudno uwierzyć, że przed laty nasi pradziadowie traktowali Adwent jako czas wyciszenia i refleksji… Nie będę pisać, że powinniśmy wrócić do tamtych lat, bo wiem, że nie potrafimy, wielu może nawet nie chce, ale warto przynajmniej przypomnieć o niektórych niezwykłych, pięknych zwyczajach związanych z oczekiwaniem na nadejście Zbawiciela, które sprawiały, że święta miały kiedyś przede wszystkim wymiar duchowy, a nie ekonomiczny.

Pierwsza pisemna wzmianka o Bożym Narodzeniu obchodzonym 25 grudnia poczyniona została w roku 354 przez kaligrafa papieskiego. To na wskroś chrześcijańskie święto obchodzone jest (nieprzypadkowo) w terminie, gdy w dawnym Rzymie obchodzono Dzień Niezwyciężonego Słońca, w starożytnej Grecji Święto Boga Czasu, a w Persji święto boga Mitry. Nic więc dziwnego, że Boże Narodzenie jest magiczne. Od wieków ludzie dostrzegali bowiem niezwykłość okresu, w którym dzień zaczynał odbierać kolejne minuty nocy.

Wszystko to, co pozostało do naszych czasów z pogańskiej kultury magicznej oparte jest na podziale światłość – ciemność, życie – śmierć. W dawnej Wigilii wyraźnie obecny był jej zaduszkowy wymiar. Wspominano zmarłych niejednokrotnie stawiając ich zdjęcia na stole.

Święta Bożego Narodzenia poprzedzały długie i staranne przygotowania, niemające jednak nic wspólnego z dzisiejszą nerwową krzątaniną. Adwent był wszakże postrzegany w kategorii ciszy i wyczekiwania.

Cały dom na święta musiał być oczyszczony, zarówno fizycznie ze wszelkiego brudu, jak i duchowo. Dzień przed Wigilią nie palono w piecu, by wymrozić izbę. Najpierw było ciepło, kiedy ogień jeszcze się palił i wszelkie „mozgole” wychodziły sobie z zakamarków, a potem nastawał oczyszczający mróz i martwe owady sprzątano z podłogi. Oczyszczano także serca z wszelkiej zwady, bo niepodobnym było by się przed Godami nie pojednać z rodziną, czy sąsiadami. W tych dniach słowo „wybacz” jakoś łatwiej przechodziło przez gardło…

Wigilia wolna już była od krzątaniny – wszystko wszakże było już gotowe, posprzątane „zrychtowane”, tak tylko czekać nadejścia Boga – Zbawiciela i drugiego człowieka, z którym to w pełnej zgodzie i harmonii, niezależnie od różnic w majętności, czy społecznej hierarchii zasiadano do stołu. Gospodarz i kumornik, pachołek i dziewka, a i powsinoga – wszyscy wspólnie przy stole, który na tą niezwykłą noc zamieniał się w ołtarz. Wigilia była odzwierciedleniem idealnego świata, dopełnionego i pogodzonego, w ciszy i pokoju. Ludzie nie opuszczali swych domów, dziecka posłuszne były jak nigdy.

Była jednak taka jedna bardzo zacna praca, którą w Wigilię czyniono i to jeszcze przed odśpiewaniem godzinek, a mianowicie pieczono chleb – ten niezwykły chleb świąteczny, którym przy stole podzielą się wszyscy.

Wieczerzę Wigilijną przygotowywano z tego, co urodziła ziemia, próżno, więc było szukać na stole ryb, wszakże w Istebnej, Jaworzynce, czy Koniakowie nie było stawów. Nasi przodkowie pewnie nawet gdyby mieli dostęp do pomarańczy i bananów nie dali by ich na stół. Było na nim jednak wiele jabłek, które symbolizowały Raj. Jedno z nich zawsze podzielone było na tyle części ilu biesiadników gromadziła wieczerza. Stół przykryty był białym lnianym obrusem – płachtą, z której na wiosnę czyniono zasiew. Okrągły chleb w całości kładziony był na stole, tak by dopiero w sakralnym czasie posiłku odkroić z niego „godny kraiczek” – piętkę, która miała niezwykłą moc. Dawano ją do skosztowania chorym oczekując poprawy, w niektórych domach dzielono się nią z bydłem, a w jeszcze innych umieszczano w świętym kątku przy obrazach. Także i z godnym kraiczkiem z rok wcześniejszej Wigilii obchodzono się z szacunkiem i nie chcąc go zmarnować rozpuszczano w wodzie i wynoszono „na pole” dzikim zwierzątkom i ptaszkom. Chleb zastępował opłatek, to nim członkowie rodziny i wszyscy obecni przy stole symbolicznie się dzielili. Kromkom chleba towarzyszył miód, sól, a nieraz i czosnek, bo wierzono, że każdego smaku „trzeba w życiu zakosztować”.

Wieczerzę zawsze rozpoczynano odmawianą na stojąco modlitwą „Ojcze Nasz” oraz „Zdrowaś Mario’, a zaduszkowy charakter święta odzwierciedlała modlitwa za zmarłych. Od stołu wstawać mogła jedynie gospodyni. Wigilia Bożego Narodzenia posiadała zawsze głęboką i rozbudowaną symbolikę kulturową. Przez cały dzień i noc łącznie z dniem Bożego Narodzenia w chałupie palić musiał się ogień, który w tym czasie miał niezwykłą moc ognia żywego. Panował też zwyczaj opatrywania – karmienia ognia okruszynkami chleba ze stołu. Płonącymi szczapami oświetlano zagrody. Wigilia posiadała swój aspekt agrarno - wegetacyjny, na stole i w izbie obecne były płody rolne, w szczególności ważne było zboże, którym wbrew rozpowszechnionemu w Polsce zwyczajowi nie rzucało się podczas życzeń – było ono zbyt cenne! W starych kolędach słyszymy wyraźny nacisk na życzenia płodności, obfitości, urodzaju i dostatku – co by się darzyło i mnożyło!

Kryzban stojący, a więc choinka pojawiła się na terenie Trójwsi Beskidzkiej dopiero w czasie Pierwszej Wojny Światowej, dawniej nad stołem wieszano zieloną gałąź – tzw. połaźnicę zdobioną czosnkiem, ciasteczkami i rajskimi jabłuszkami (obowiązkowo), z czasem pojawiła się mała choineczka wieszana czubkiem w dół i zdobiona niekiedy w gęsie piórka.

Jedna z informatorek opowiadała etnolog Małgorzacie Kiereś, że „wielebny powiedział, co się momy temu drzewku kłaniać jako Bogu…” Drzewko Wigilijne było więc otaczane szacunkiem i naszym przodkom nie przyszło by nawet do głowy, że można je zwyczajnie wyrzucić, jak śmieć… Ono było symbolem życia i miało żyć, kiedy nie mogło już pełnić swej funkcji robiono z niego rogulki, okadzano nim też bydło wychodzące na wiosenny wypas. Dzisiaj nie ma już tej „funkcji przedłużenia czasu”.

Kryzban był też darem – darem gospodarza dla dzieci i domu, to on go przynosił. Wokoło choinki tworzyła się wyjątkowa przestrzeń natury kulturowej, sakralnej i rodzinnej, dzisiaj dochodzi do nienaturalnego pomnożenia tej przestrzeni jej desakralizacji. Świąteczne drzewka są wszędzie – w biurach, urzędach, na rynku, w autobusie, w domu przynajmniej kilka, najlepiej po jednej w pokoju…

Pod choinką nie bywały prezenty, jakie dzisiaj znamy, ale istniał zawsze wymiar daru, nie tylko tu u nas, ale na całym świecie. Nie ważne, czy to będzie owoc, „usztrykowane kopyca”, czy szalik, ale jest dar, który najpełniej objawia się w przyjmowaniu do stołu biednych, bezdomnych, czy wędrowców. Dar człowieka dla człowieka, ale też i o wiele ważniejszy proces obdarowywania sobą drugiego.

Wszystko to co dla dawnych górali wiązało się z Bożym Narodzeniem, było święte, zacne, niezwykłe, miało moc ulepszania świata. Połaźniczką głaskano krowę, a świątecznym jabłkiem kulano jej pod brzuch, co by ta żywicielka rodziny zawsze „szumno” była i zdrowa. Ciastem gładzono zaś drzewa – dla urodzaju. Obserwowano w tym czasie uważnie otoczenie, przyrodę, bo nie było rzeczy bez znaczenia, nie było przypadku… Wszystko miało swój czas – Wigilijna cisza i Bożonarodzeniowa radość…

Do Wigilii pozostało jeszcze kilka dni, więc ciągle biegamy po sklepach, coś kupujemy, poprawiamy upięcia dekoracji. Mamy wiele problemów choinka nie pasuje do firan, jest zastawa, ale nie ma odpowiedniego obrusu, ma być na biało, szafir ze srebrem, a może popielaty róż? Przepalają się oświetlenia, które mienią się już na drzewkach od miesiąca. Jest super przepis, na portalu Bake Off, ale nie ma kurkumy… więc szukamy.

Może i dobrze, że szukamy, tylko pytanie, czy tego, co najważniejsze… jedno jest pewne dużo zdążyliśmy stracić.

Udostępnij Drukuj E-mail