Bez komentarzy

Aleksandra Bura, polonistka, wielka pasjonatka historii, niestrudzona badaczka losów żywieckich Żydów znalazła się w ścisłym gronie nominowanych do tegorocznej nagrody POLIN, przyznawanej przez Muzeum Żydów Polskich.
O swojej pracy, realizowanych projektach i wydanej parę lat temu książce opowiedziała nam na kilka dni przed ogłoszeniem laureata nagrody.

 

Grzegorz Jagosz: Zechciałaby Pani przybliżyć swoją sylwetkę naszym czytelnikom? Czy jest Pani rodowitą mieszkanką Żywca?

Aleksandra Bura: Nie jestem rodowitą Żywczanką, ale w Żywcu mieszkam już od ponad trzydziestu lat. Z miastem związał mnie najpierw okres nauki i matury w żywieckim liceum. Potem, po pięcioletnim pobycie w Krakowie, gdzie studiowałam i ukończyłam polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, przez dwa lata pracowałam w SP nr 1 w Żywcu, a od 1989 r. jestem polonistką w dzisiejszym I Liceum Ogólnokształcącym im. M. Kopernika, gdzie w latach 2002-2017 pełniłam także funkcję wicedyrektora.

G. J.: Jak Pani przyjęła informację o nominacji do Nagrody POLIN 2017?

A. B.: Bardzo mnie ona poruszyła i ucieszyła. Odebrałam ją przede wszystkim, jako wielki zaszczyt. Być w gronie 6 osób wyłonionych spośród blisko 80 tegorocznych kandydatów to ogromne wyróżnienie! Nominacja stała się dla mnie dowodem docenienia moich działań, które wynikają przede wszystkim z pasji poznawania historii oraz z poczucia konieczności przywracania pamięci o Żydach, naszych niegdysiejszych sąsiadach. Ponadto jakoś automatycznie przyspieszyła i przypieczętowała decyzję o konieczności pracy nad poszerzonym wznowieniem książki "Tu NIEobecni" i dała impuls do nowych inspiracji do przygotowania kolejnej grupy młodzieży z żywieckiego liceum do spotkania z rówieśnikami z Izraela w ramach Programu "Bliżej siebie. Historia i kultura dwóch narodów". Ta nominacja stanowi dla mnie wielką wartość również z racji tego, że przyznaje ją obecnie najbardziej rozpoznawalne w świecie polskie muzeum, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. To jest nominacja, ale wszystko, co się w moim życiu w związku z nią teraz przydarza, jest już samą wielką nagrodą i wielką siłą motywującą do dalszych działań.

G. J.: Skąd wzięło się Pani zainteresowanie historią, a w szczególności historią żydowskich mieszkańców naszego miasta?

A. B.:Wiele osób mnie o to pyta i mogłabym wiele na ten temat opowiadać. Teraz jednak wydaje mi się, że mogę śmiało wskazać, że dużą rolę odegrała w tym moja szkoła, a właściwie jej dzieje. W jakimś początkowym okresie nauczycielskiej pracy zaczęłam z zaciekawieniem czytać "Księgę Pamiątkową" wydaną na 55-lecie żywieckiego liceum (1959 r.) i tam spotykałam informacje, że w szkole byli także uczniowie żydowscy, nazwiska niektórych z nich widniały w spisie absolwentów. To mnie bardzo zafrapowało, bo było takie namacalne i niepodważalne, a już wtedy byłam równocześnie zaintrygowana tym, jak mało w Żywcu mówiło się o niegdysiejszych żydowskich mieszkańcach tego miejsca i nie umiałam zrozumieć, z czego taki stan wynikał (co wcale nie oznacza, że dzisiaj w tej kwestii jest już dla mnie wszystko jasne). Potem mogłam dotrzeć do źródła tej wiedzy, do szczęśliwie zachowanych w szkole dokumentów począwszy od momentu jej powstania, to jest od roku 1904. Dzięki uprzejmości ówczesnego dyrektora, Zbigniewa Holboja mogłam sobie je spokojnie przeglądać: kartka po kartce, kilkadziesiąt ksiąg, którymi przez długi, długi czas nikt się nie interesował, a w których jest tyle bezcennych informacji! Wymyśliłam sobie użyteczny system szczegółowych notatek o naszych (mogę tak powiedzieć, bo utożsamiam się z tą szkołą) żydowskich uczniach, robiłam je przez całe wakacje, zapiski uporządkowałam w... pudełku po butach i tak w latach 90. powstał mój pierwszy "laptop", z którego korzystam do dziś.

W 2004 roku na podstawie zebranego materiału opublikowałam artykuł na ten temat w tomie "Studia Judaica Biblioteki Żywieckiej" (pod red. I Jeziorskiego). Jego tytuł wiele mówi o zawartości treści dotyczącej lat 1904 - 1945: "Uczniowie wyznania mojżeszowego w Szkole Realnej i Państwowym Gimnazjum im. M. Kopernika w Żywcu oraz ich rodzice i opiekunowie". Poznałam ich, stali się mi bliscy, skoro mogłam nawet przytoczyć ich oceny z różnych przedmiotów albo czasem nawet pytania maturalne, jakie im zadano podczas egzaminu (bo aż tak szczegółowe zapisy można znaleźć w tych dokumentach). Do dziś opowiadam uczniom, jakie to było zdumiewające, że dowiedziałam się na przykład, że pierwszą uczennicą - co miało miejsce w roku 1911 - w do tego czasu męskiej szkole była prywatystka (co oznacza ta nazwa, to osobna historia, jako dziewczyna nie mogła funkcjonować w szkole na równych prawach z chłopcami) Melitta Neumanówna, urodzona w Zabłociu (dziś dzielnicy Żywca) 25 listopada 1896 roku, córka restauratora kolejowego, Leopolda Neumanna, którego miejsce zamieszkania zapisano jako dworzec kolejowy lub Zabłocie 242, a w innym roku - 244, lub stacya. Melitta zdała maturę w 1916 roku. Nie wiem, jak potoczyło się jej późniejsze życie, ale jestem prawie pewna, że nigdzie nie da się znaleźć dokładniejszych danych o okresie jej młodości niż te przytoczone powyżej. I to jest niezwykłe! Dodatkowo - wciąż czeka na to, aby jednak poznać jej dalsze losy. Przytaczam przykład jej osoby jako ciekawostkę, ale muszę go natychmiast uzupełnić faktem, że od początku tych badań byłam całkowicie świadoma, że moja wiedza była ograniczona praktycznie do roku 1939 (w zapisach dokumentów w roku 1945 pojawiają się tylko dwa żydowskie nazwiska) i że ograniczyła ją... historia. To, co najciekawsze i... najtrudniejsze, ciągle pozostawało przede mną ukryte: co było z nimi dalej, po 1939 r.? Długo nie znajdowałam nawet śladu informacji na ten temat. Starsi mieszkańcy Żywca, pytani przeze mnie o wojenne losy żydowskich mieszkańców Zabłocia, gdzie było ich największe skupisko, gdzie mieli swoją synagogę, siedzibę gminy, szkołę, Dom Ludowy, nie umieli (a może niektórzy i nie chcieli) udzielić odpowiedzi. Źródła pisane także zajmowały się wtedy tym tematem w ilości śladowej. Tak dość długo utrzymywał sie stan mojej niewiedzy i towarzyszącej jej wielkiej ciekawości.

G. J.: Jak zrodził się pomysł na książkę "Tu NIEobecni"? Ile czasu trwała praca nad jej publikacją?

A. B.: Niespodziewanie dla mnie samej zmieniło się to pewnego dnia. Mniej więcej 7 lat temu, podczas wykładu dla polonistów i historyków, który prowadził Maciej Zabierowski z Centrum Żydowskiego w Oświęcimiu, dowiedziałam się o możliwościach wyszukiwania informacji w bazie danych Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Yad Vashem w Jerozolimie, który wówczas od niedawna udostępniał je online (są na bieżąco uzupełniane, to nie jest zbiór zamknięty). Przyjechałam do domu, włączyłam komputer z nadzieją, że dowiem się czegoś o dalszych losach naszych byłych uczniów, a właściwie z poczuciem, ze lepiej by było, gdybym ich nazwisk nie znalazła w tej wyszukiwarce, bo jeśli je zobaczę, to będzie jednoznaczne - są ofiarami Holokaustu. Znalazłam. Wiele z tych mi znanych. I wiele, wiele więcej z Zabłocia, ze Sporysza, z Ispu. Przeczytałam około tysiąca biogramów tych ludzi. Razem dowiedziałam się o losach 725 konkretnych osób. To czytanie trwało około trzech lat. Książka "Tu NIEobecni" jest tego efektem. W trakcie pracy nad nią miałam szczęście uczestniczyć (dzięki programowi "Bliżej siebie. Historia i kultura dwóch narodów") w Seminarium Nauczania o Holokauście (The International School for Holocaust Studies) w Yad Vashem, gdzie pokazałam, nad czym pracuję i jakie zarysowują się rezultaty tych działań. W wyniku tego Instytut Yad Vashem przyznał mi wysokie stypendium, co pozwoliło na współfinansowanie wydania książki. 

 

G. J.: Co było najtrudniejsze podczas pracy nad książką? Chodzi mi zarówno o sprawy "techniczne" jak i osobiste Pani odczucia podczas pisania? Wiem, że trudno stopniować takie rzeczy, ale która historia najbardziej Panią poruszyła i utkwiła w pamięci podczas spisywania dramatycznych losów jej bohaterów?

A. B.: Powstawaniu książki towarzyszyło bardzo wiele doznań, których nie da się ująć w kategoriach: łatwe, trudne. Momentami była to detektywistyczna praca, która mnie uzależniała, pochłaniała bez reszty i przy tym porażała faktem, jak wiele wiedzy o realnych osobach - żydowskich mieszkańcach, dziś nieobecnych tu Żydach, w większości bezimiennych, zapomnianych, jest dostępne. Ale przy tym bardzo trudne było ciągłe doznawanie tego, jak bardzo dramatyczna jest wiedza zgromadzona w zeznaniach świadków historii - każda historia człowieka kończyła się informacją o jego śmierci i nigdy nie była to śmierć naturalna. Trudne było też obserwowanie, jak narastała, to jest odkrywała się przede mną - bo nie znałam 90% nazwisk tych, których poszukiwałam, musiałam "dojść do nich" przez porównywanie, odczytywanie, weryfikowanie informacji - liczba osób, które zginęły, a które należały do jednej rodziny, np. zginął mąż, żona, ich dwoje dzieci, albo - matka, trzy córki i czterech synów. I tak dalej. I tak bez przerwy. Jeszcze gorsze sytuacje zdarzały się wtedy, gdy w otwierającym się na ekranie komputera biogramie kolejnej osoby powoli wyświetlało się też jej zdjęcie. Na przykład Toni Ferber, która zginęła w wieku 22 lat. Była sekretarką. Miała męża. Na zdjęciu wygląda jak postać z obrazu Vermeera, nad czymś się zamyśla. I do tak zamkniętej wiedzy o jej życiu można przecież dołożyć tę, że była naszą uczennicą, co oznacza na przykład, że chodziła tymi samymi korytarzami szkoły, po tej samej posadzce, po której chodzimy dziś w liceum. Podobne myślenie może bardzo obciążać psychikę i podobno dotyka wszystkich, którzy w ten sposób zajmują się tematyką Holokaustu... . Jak poniosła śmierć w 1941 r. - nie podano. Jest w książce taka fotografia rodziny Bronnerów (ze Sporysza) - nagle "pokazał" się tata z dwojgiem synów (kilka dni później "pokazała się" też mama z jednym z dzieci...)! Albo jest zdjęcie Olka Rittera (z Zabłocia) - ilekroć musiałam wrócić do jego biogramu, za każdym razem (bo jak miało być inaczej?) uśmiechał się do mnie z ekranu radosną dziecięcą buzią szczęśliwego kilkuletniego chłopca. Wtedy chciałam, żeby to się nie zdarzało. Ale się zdarzało. I to było bardzo trudne, bo wiedziałam na pewno, że parę lat później zginie i stanie się to prawdopodobnie (w Yad Vashem istniej łącznie kilka zeznań to jest testimoniów o nim i o jego matce Malwinie, ale informacje zawarte w nich potwierdzają sie wzajemnie tylko częściowo) w roku 1941 w obozie zagłady w Bełżcu.

G. J.: Udało się Pani przywrócić do zbiorowej pamięci imiona, nazwiska i historie 725 ludzi. Wiem, że pracuje Pani nad poszerzonym wznowieniem książki. Kiedy może się ono ukazać i w jakim zakresie będzie ono pełniejsze od pierwszego wydania?

A. B.: To trudne pytanie. Zaraz po podpisaniu książki do druku w 2014 r. otworzyłam w komputerze folder "Uzupełnienia", który do dziś się bardzo rozrósł. Docieram do nowych danych, do nowych kontaktów z rodzinami dawnych żywieckich Żydów. Jedna z nich, rodzina potomków Dattnerów, o których losach opowiedziałam w książce, (z którą - jak mogę podsumować - zaprzyjaźniłam się) nawet gościła w liceum w sierpniu tego roku w liczbie aż 19 osób, ponieważ przyjechali między innymi po to, aby zobaczyć dokumenty szkolne swoich przodków. Zorganizowałam dla nich sporą wystawę tych starych ksiąg. To było wspaniałe, serdeczne spotkanie. I to na przykład - oprócz wielu innych, nowopoznanych historii ludzkich - chciałabym dopowiedzieć w II wydaniu. Ale przede mną jeszcze wiele, wiele pracy, żeby książka mogła się ukazać. Myślę o perspektywie około dwóch, trzech lat.

G. J.: Jak wyglądają spotkania młodzieży polskiej i izraelskiej w ramach programu "Bliżej siebie. Historia i kultura dwóch narodów"? Ile już takich spotkań się odbyło i jakie są Pani spostrzeżenia na ich temat? 

A. B.: Żywieckie liceum jest uczestnikiem programu "Bliżej siebie" od roku 2014. Do tej pory nasza młodzież miała okazję spotkania się z rówieśnikami z Izraela już trzy razy. Współpracujemy ze szkołą Mekif Hei z miasta Ashdod. W tym roku szkolnym młodzi Izraelczycy przyjadą do nas w marcu. Zwykle taka grupa liczy około 80 osób, toteż do spotkania przygotowuje się corocznie podobna liczba naszych licealistów. Wizytę poprzedzają łącznie kilkugodzinne przygotowania obejmujące informacje o historii, kulturze, obyczajowości i języku Żydów, a także o wspólnej polsko-żydowskiej historii naszych narodów przez wieki, o współczesności Izraela, o mieście i szkole, skąd pochodzą nasi goście, o lokalnej historii polsko-żydowskiej. W dniu spotkania witamy gości w auli szkoły wspólnie przygotowanym programem. Od samego początku to spotkanie ma szczególny charakter, nie da się go porównać z żadnym innym wydarzeniem w życiu szkoły. Potem odbywają się zajęcia warsztatowe w 6 mieszanych polsko-izraelskich grupach. Językiem spotkania jest angielski. Na początku uczestnicy zapisują nawzajem swoje imiona po polsku i alfabetem hebrajskim, tworzą słownik angielsko-polsko-hebrajski, piszą o sobie, np. o swoich planach na przyszłość i przede wszystkim rozmawiają ze sobą. Bariery znikają bardzo szybko. Są radośni, uśmiechnięci, ciekawi siebie. Jest też czas na pracę nad poważnymi zagadnieniami, wśród których staram się jako koordynatorka programu umieszczać elementy lokalnej historii polsko-żydowskiej w tym obecności żydowskich uczniów w latach przedwojennych w szkole, obecności rabina jako nauczyciela religii mojżeszowej (1911 - 1933) obok księży, nauczycieli religii katolickiej - to tylko sygnały o tematyce zajęć, która co roku jest nowa. Podczas warsztatów powstają ciekawe postery, które prezentujemy w wybranym miejscu w szkole - ten materiał uzupełnia się z roku na rok. Staramy się także propagować rodzimą kulturę, np. młodzi Polacy i Izraelczycy wspólnie ozdabiają drewniane koniki, znane ludowe zabawki z Żywiecczyzny, potem stają one dla każdego pamiątką po spotkaniu. Kilkugodzinne spotkanie kończą wspólne tańce w sali gimnastycznej: polscy uczniowie tańczą poloneza, zapraszają do nauki tego tańca Izraelczyków, a oni uczą nas swojej znanej pieśni i popularnego tańca izraelskiego zwanego horą. Entuzjazm i radość udzielają się wszystkim obecnym…, bardzo trudno się rozstać. Pozostają wspomnienia, refleksje, kontynuowane znajomości na Facebooku... i pytania o to, kiedy sie zobaczymy znowu. Tak przeprowadzone wzajemne poznanie sprawia, że ci młodzi ludzie z odległych krajów, Polski i Izraela, pozornie różni, ale w gruncie rzeczy bardzo podobni do siebie, co mocno podkreślają po spotkaniu, w dodatku połączeni nicią wspólnej historii (np. jedna z uczestniczek, potomkini wspomnianej rodziny Dattnerów, mogła jako pierwsza z rodu zobaczyć zachowane dokumenty swoich pradziadków; w uznaniu dla niezwykłości tego zdarzenia nadaliśmy Zohar specjalny tytuł Honorowej Uczennicy Szkoły) stają się sobie dosłownie i metaforycznie bliżsi. To ma głęboki sens wobec rozumienia przeszłości naszych narodów i dla przyszłości tych młodych ludzi. Wartość działania w programie "Bliżej siebie" jest bezcenna dla obu stron.

 

G. J.: Jaka jest, Pani zdaniem, wiedza dzisiejszych mieszkańców miasta i ich świadomość Zagłady całej przedwojennej społeczności żydowskiej?

A. B.: Odpowiem krótko: większa niż przed laty, ale wciąż zbyt mała. Sytuacja staje się tym trudniejsza, że w przeciągu najbliższych kilku lat nie będzie wśród żyjących już nikogo, kto mógłby przypomnieć ludzi, miejsca i zdarzenia, opowiedzieć o wspólnej przeszłości, nie będzie żadnego świadka tamtej historii. To jest fakt obejmujący ten problem w szerokiej perspektywie, nie tylko odnoszący sie do naszej wąskiej historii lokalnej. Pozostaną archiwa oraz opracowania badaczy i pasjonatów historii.

G. J.: Na koniec chciałem zapytać, też jako miłośnik literatury, co Pani aktualnie czyta? I oczywiście kawa czy herbata?

A. B.: Czytam kilka książek równolegle, choć chciałabym mieć luksus zagłębiania sie w lekturze jednej, potem następnej i następnej. Kolejne czekają w bardzo długiej kolejce. Między nimi powracam do lektury tych już znanych. Teraz, kiedy wiele mówi się o problemach reprywatyzacji, w kontekście żydowskim wracam do znakomitego i wielkiego objętościowo tomu "Klucze i kasa. O mieniu żydowskim w Polsce pod okupacją niemiecką i we wczesnych latach powojennych, 1939 - 1950" (praca zbiorowa wyd. przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów). Od paru dni czytam Raport Jurgena Stroopa, dowódcy likwidacji getta warszawskiego w 1943 r., dostępny online od 2009, ale teraz szczególnie przypominany, bo ma być wpisany na Międzynarodową Listę Pamięci Świata UNESCO. To wstrząsający zapis i fotografie. Powoli czytam "Krótki przystanek w drodze z Auschwitz" Gorana Rosenberga, świetny tekst. Specjalnie nie rozpakowuję kupionej już trzy tygodnie temu najnowszej książki o Irenie Sendlerowej autorstwa Anny Bikont, bo zabrałaby mi resztki czasu. Musi czekać, to jest z mojej strony rodzaj samoobrony. Ale po drodze znowu przeczytałam niedawno "Władcę much" Goldinga i "Rzeźnię numer pięć..." Vonneguta, bo je cenię i lubię. A poza tym, jako polonistka nieustannie czytam na nowo lektury, właśnie zaczynam doskonałą "Lalkę" Prusa z ciekawością, co tym razem będzie mi dane odkryć w tej powieści.

Do tego na przemian kawa i herbata, w dużej ilości (ale moim zdaniem do pewnych tekstów, na przykład ze wspomnianych powyżej, nie można mieć przed sobą filiżanki kawy i czytać ich, bo byłoby w tym coś nieprzyzwoitego, tak uważam i tego się trzymam).  

G. J.: Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę wytrwałości w dalszej pracy i spełnienia wszystkich zamierzonych planów.

Zdjęcia: Aleksandra Bura archiwum prywatne

Udostępnij Drukuj E-mail