Jak to dawniej bywało..(…) Wypas był sezonowy. Mniej więcej od maja do września stada przebywały z dala od wsi, na halach i śródleśnych polanach. Owce i kozy pasiono w wyższych partiach gór, bydło na niżej położonych polanach- doglądały go głównie dziewczęta i kobiety lub całe rodziny, mieszkające przez ten czas w pasterskich szopach, w których gromadzono przy okazji siano na zimę. Na odległych, grzbietowych polanach jeszcze na początku XX w. pasiono stada wołów. Zajmowali się tym wynajmowani przez właścicieli zwierząt wolorze, mieszkający w prowizorycznych budach, a nieraz nocujący pod gołym niebem przy ognisku. (…) Najwięcej jednak w górach pasło się owiec; ich stada liczyły nierzadko po kilkaset sztuk. Każdym stadem zajmował się zespół pasterzy, na czele którego stał baca. Do jego zadań należało organizowanie wypasu i przetwórstwa mleka. Podlegali mu pasterze zwani juhasami lub wałachami i ich pomocnicy, młodzi chłopcy zwani honielnikami, niekiedy owczarzami. Juhasów werbował baca. Jego własnością były też sprzęty i naczynia używane podczas wypasu.

Sezonowe gospodarstwo owczarskie nazywano szałasem. Tym samym słowem określano budynek, w którym mieszkali pasterze(zwany też kolebą lub kolibą). Szałasy często wznoszono z drewna na zrąb. Dachy – czterospadowe, a później dwuspadowe – kryto dranicami lub gontem. Szałas najchętniej ustawiano pod świerkiem, gdyż drzewu temu przypisywano magiczną moc, chroniącą mieszkańców przed złymi siłami.

Najważniejszym miejscem w kolibie była watra – płonące przez cały sezon ognisko obłożone płaskimi kamieniami, tzw. skrzyżalami. Aby ogień nie zgasł, z boku watry umieszczano kłodę, tzw. zawaternik, która podtrzymywała żar. Nad ogniem przeciągano żerdź, a o nią zaczepiano drewniany hak, tzw. jadwigę, na którym wisiał kocioł do gotowania. Czasem służyło do tego ruchome ramię, zwane odwodziej, umożliwiające odciąganie kotła znad ognia. Na ścianach umieszczano półki (polenie, police), na których wydzielano część będącą magazynem nabiału, a zarazem sypialnią bacy. Baca zazwyczaj sypiał na pryczy, a juhasi na rozkładanych na noc derkach lub workach wypchanych sianem.

W nocy i podczas dojenia owce przebywały w przenośnej zagrodzie, zwanej koszarem, który co jakiś czas przesuwano w inne miejsce, by nawóz użyźniał różne części hali. Owce dojono od maja do lipca po trzy razy dziennie, a pod koniec wypasu, gdy miały już mniej mleka, tylko dwa razy dziennie. Do dojenia służyła wydzielona część koszaru, tzw. strąga. Każdą sztukę napędzano do strągi przez otwór zwany okiennicą. Po obu jego stronach na niskich stołkach siedzieli pasterze dojący owce do drewnianego naczynia zwanego gieletą. Następnie mleko cedzono przez lnianą płachtę (powązkę lub satę) i zlewano do tzw. puciery.

Produkcja mleka zaczynała się od podgrzewania mleka w kotle zawieszonym nad watrą. Dodawano do niego klag – podpuszczkę otrzymywaną z żołądka cielęcia, pod wpływem którego klagało się, czyli ścinało. Następnie baca wybierał kawałki sera rękami, wkładając je do lnianej płachty- grudzianki, w której ociekały z serwatki. Powstawał w ten sposób ser zwany grudą lub bundzem. Stanowił on produkt wyjściowy do wyrobu oscypków. Te ostatnie po uformowaniu moczono w gęstym roztworze soli, a potem wędzono. Serwatka z pozostałymi drobinami sera stanowiła żentycę, obok oscypków i bundzu podstawowe pożywienie pasterzy, spożywane na słodko lub kwaśno. Niekiedy ze sfermentowanego bundzu robiono bryndzę. W tym celu grudy sera rozdrabniano w rękach (czasem mielono w prostych, drewnianych maszynkach), solono i ubijano w drewnianych faskach.

Sezon wypasowy rozpoczynano po dniu św. Wojciecha (23 kwietnia), którego w Karpatach Zachodnich uważano za patrona pasterzy. W tym dniu bacowie uczestniczyli we mszy świętej, święcili wodę, a po nabożeństwie z płonącego przed kościołem ogniska zabierali żarzące się węgielki, by w szałasie na hali od nich zapalić ogień. W tym samym celu zabierali sajty- smolne szczapy drewna uprzednio ukradkiem poświęcone w kościele. Dzień wyruszenia na halę, czyli wiosennego redyku, musiał być dobrym dniem, przynoszącym szczęście. Za najlepszy uważano taki, w którym w poprzednim roku przypadła wigilia Bożego Narodzenia. Dobra była też sobota jako dzień poświęcony Matce Boskiej. Prawie nigdy redyku nie ustalano na piątek ani na dzień świąteczny. Unikano też Dni Krzyżowych, czyli poniedziałku, wtorku i środy przed uroczystością Wniebowstąpienia Pańskiego (data ruchoma) oraz św. Marka Ewangelisty(25 IV).

Na kilka dni przed datą redyku baca powiadamiał gospodarzy, kiedy odbędzie się tzw. mieszanie owiec. Każdy właściciel znaczył swoje zwierzęta (np. nacięciem na uchu, znakiem wypalanym na skórze) po czym dzień przed redykiem przypędzał je do zagrody bacy. Ważną czynnością było liczenie stada. Juhas przepędzał owce po jednej sztuce do przygotowanego koszaru, licząc je na paciorkach różańca, a każdą dziesiątkę baca zaznaczał karbem wyciętym na specjalnym patyczku. Po zakończeniu tej czynności właściciel owiec i juhasi byli przez bacę goszczeni całą noc. W góry wyruszano z powagą i z obawą o przebieg wypasu; starym obrzędom towarzyszyły liczne zabiegi o Bożą opiekę. Rano baca obchodził trzykrotnie zagrodę z owcami, okadzając zwierzęta, pasterzy oraz cały zabierany na halę dobytek ziołami święconymi w dniu Matki Bożej Zielnej i kropiąc wodą poświęconą w dniu Trzech Króli (6 stycznia). Jako kropidło używał gałązek świerka lub jodły – drzew obdarzonych magiczną mocą. W czasie tych zabiegów obecni odmawiali w skupieniu Ojcze Nasz. Przy wyjściu z koszoru należało położyć na ziemi ciupagi połączone łańcuchem przez które owce musiały przejść. Miało to sprawić, że na pastwisku nie będą rozbiegały się ze stada. Wreszcie baca kreślił w powietrzu nad drogą znak krzyża i redyk ruszał.

Pierwszy szedł baca, za nim stado, po bokach juhasi, honielnicy i psy, z tyłu jechał wóz z pasterskim dobytkiem. Czasem odprowadzali redyk gospodarze. Wędrowano w skupieniu, przestrzegając po drodze licznych magicznych zakazów. Na przykład juhasom nie wolno było podpierać się ciupagami, aby owce nie łamały nóg; na mijanych rozstajach baca kreślił na ziemi ciupagą znak krzyża, aby odpędzić złe moce. W dawniejszych czasach wędrówka na halę odbywała się etapami – z wypasaniem stada na coraz wyżej położonych polanach w miarę cofania się zimy.

Po przybyciu na miejsce wypasu starano się przy pomocy magicznych zabiegów zapewnić sobie jego udany przebieg. Szczególnie ważne były pierwsze czynności. Przed otwarciem szałasu baca czynił nad nim znak krzyża i wchodził do środka w towarzystwie najstarszego z juhasów. Tu obaj klękali i odmawiali pacierz. Następnie baca żegnał ciupagą wszystkie cztery kąty i kropił wnętrze święconą wodą. Teraz dopiero przystępowano do sprzątania i naprawiania szkód powstałych przez zimę. Kolejną czynnością bacy było zakładanie watry. Ogień zapalano krzesiwem lub od poświęconego żaru przyniesionego ze wsi. Gdy pojawił się pierwszy płomyk, obecni w szałasie mówili z powagą: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, witając w ten sposób potężny żywioł.

Magiczne zabiegi wiązały się także z grodzeniem koszoru dla owiec. Należało zabezpieczyć prowadzące do niego wejście, aby do środka nie dostało się żadne zło. Baca zakopywał więc w tym miejscu stułę, świecę chrzcielną, zebrane na cmentarzu kości zmarłego, a także węgielki i zioła użyte wcześniej do okadzenia szałasu.

Ważnym momentem w życiu gospodarstwa pasterskiego był pierwszy udój. Zanim go rozpoczęto, baca kreślił w powietrzu nad owcami znak krzyża i okadzał stado święconym zielem. Juhasi smarowali ręce masłem poświęconym w Wielką Sobotę, a po załączeniu udoju chuchali trzykrotnie w dłonie, żeby ich przez cały sezon nie bolały przy pracy. Przy pierwszym cedzeniu mleka na satę kładziono krzyżyk wykonany z gałązek świerkowych lub z wosku zebranego ze świecy paschalnej.

Po kilku dniach na halach pojawiali się właściciele owiec którzy przychodzili do miry. W ich obecności dojono osobno owce każdego z gospodarzy mierząc ilość mleka w gielecie przy pomocy zanurzanego w niej patyczka – zamirka. Zaznaczano na nim miejsce, do którego sięgało mleko, a następnie rozłupywano go wzdłuż: jedną połowę zachowywał baca, drugą właściciel owiec. Tak zaznaczona ilość mleka była podstawą rozliczenia się bacy z sera, który po skończonym wypasie oddawał właścicielowi, część zatrzymując jako swoje „honorarium”. Dając ser właścicielom owiec, baca odcinał po trzy kawałeczki. Podawał je potem owcom z solą dwa razy w tygodniu aż do dnia św. Jana Chrzciciela (24 czerwca). Miało to zabezpieczać zwierzęta przed czarami i zapewnić obfitość tłustego mleka.

Najgroźniejszym wrogiem zwierząt i ludzi na hali były czary. Mógł je rzucić z zazdrości inny baca, można je było niechcący „przynieść ze sobą”. Dlatego juhasi nie opuszczali hali bez wyraźnej potrzeby. W przeszłości obowiązywało ich też zachowanie czystości seksualnej aż do św. Jana Chrzciciela, a baca musiał trzymać się z dala od kobiety przez cały sezon. Niewiasty miały zakaz wstępu na halę, za szczególnie zaś groźną uważano obecność kobiety przechodzących menstruacje, a więc nieczystych. Zresztą na szałasie niechętnie widziano każdego obcego. Na wszelki wypadek, gdy odchodził, baca w ślad za nim sypał trochę soli lub popiołu z watry, aby zniweczyć ewentualne czary.

Mieszkańcy wsi odwiedzali halę tylko w dniach świąt pasterskich – św. Jana Chrzciciela, św. Jakuba (25 lipca) i św. Wawrzyńca (10 sierpnia). Przychodzili wtedy właściciele owiec, rodziny pasterzy, w drodze wyjątku kobiety. Baca urządzał poczęstunek, sprowadzano muzykę, tańczono, śpiewano. (...)

Końcową datą sezonu wypasowego był dzień drugiego patrona pasterzy – św. Michała Archanioła (29 września). Według powszechnego przekonania nie należało paść „po Michale”, więc najdalej do pierwszej niedzieli po tym święcie trzeba było zlikwidować pasterskie gospodarstwo.

Dzień przed jesiennym redykiem przygotowywano stado do drogi. Cały dorobek w postaci oscypków i fasek z bryndzą umieszczano na wozie. Następnego dnia rano baca żegnał znakiem krzyża palące się w szałasie ognisko, modlił się, a następnie zalewał ogień wodą. Zamykając drzwi szałasu, znaczył je krzyżem rysowanym święconą kredą. Stado wracało radośnie do wsi radośnie, ze śpiewem i muzyką. Pasterze oddawali zwierzęta właścicielom, obdarowywali dziewczęta i dzieci zwierzątkami wykonanymi z sera, tzw. redykałkami, które kiedyś też miały znaczenie magiczne. Wieczorem w karczmie lub chałupie bacy odbywała się zabawa. (…)

Magia w pasterstwie

Baca w hierarchii dawnej wsi (…) był osobą cieszącą się poważaniem i zaufaniem. Uważano go powszechnie za znawcę magii i czarownika, który żyjąc blisko natury, zdołał poznać jej najgłębsze tajemnice. Umiał przecież prowadzić szałas, przeciwstawiać się kapryśnej pogodzie, dzikiej górskiej przyrodzie i urokom rzucanym przez innych baców.

Przygotowania do sezonu baca rozpoczynał na długo przed wyruszeniem na wypas. Przede wszystkim gromadził różnego rodzaju magiczne przedmioty, które wykorzystywał do swoich praktyk. Niezbędne mu były m.in. zioła poświęcone 15 sierpnia w dniu Matki Boskiej Zielnej, nóż, którym krojono wigilijny chleb, sól poświęcona w dniu św. Agaty oraz kadzidło i kreda święcone na Trzech Króli. Wykonywał ponadto szereg zabiegów mających zapewnić powodzenie na szałasie. Na przykład podczas uroczystej wieczerzy wigilijnej kład pod stół łańcuch, który gwarantował nierozerwalność stada. Wigilia Bożego Narodzenia wskazywała dzień tygodnia, który miał być najszczęśliwszym terminem rozpoczęcia wypasu. (…)

Kolejne magiczne praktyki i wróżby wiązały się z samym rozpoczęciem sezonu pasterskiego. Tu po przybyciu na polanę – we wrotach koszaru-baca zakopywał nóż, którym kroił wigilijny chleb. Miał on „przecinać”, niszczyć rzucone na szałas uroki. Gdy owce znalazły się w koszarze, juhasi przepędzali je trzykrotnie wokół zatkniętej pośrodku jodełki. Jeżeli zwierzęta ogryzały jej gałązki, wróżyło to trudny rok i brak paszy. Następnie baca sypał do pojemniczka wykonanego z kory, zwanego kozubkiem, wspomniane wyżej zioła święcone na Matkę Boską Zielną, zmieszane ze smołą, czyli żywicą świerkową, i okadzał trzykrotnie koszar. Niekiedy wsypywał zioła do małych ognisk rozpalanych w jego narożach. Zabieg ten miał zabezpieczyć owce przed chorobami i zapewnić im mleczność. Przed złymi czarami chroniła woda ugotowana z solą św. Agaty, którą pojono stado w pierwszym dniu wypasu. Po okadzeniu baca skrapiał owce święconą wodą, a cały koszar opisywał kredą z Trzech Króli. Szedł przy tym w „kierunku słońca” (czyli zgodnie z jego pozornym ruchem) i odmawiał specjalną modlitwę. Na koniec święcił i okadzał kolibę, w której miał mieszkać wraz z juhasami i pomocnikami przez cały sezon.

Pierwszy ogień na szałasie rozpalał baca – przy pomocy krzesiwa i hubki. Przez cały czas trwania wypasu musiał być podtrzymywany, bo jego zagaśnięcie przynosiło nieszczęście. Nawet w dniu zakończenia szałasu nie wolno było zgasić ognia, musiał wypalić się samoistnie. Jako opału używano drewna bukowego, aby „owce się tak krzepiły, jak buk na ogniu”. Nie można go było „ciupać siekierą”, bo owce straciłyby mleko. Złe następstwa mogło spowodować również plucie lub wrzucanie śmieci do watry.

Oprócz chorób i czarów utrapieniem pasterzy były wilki. Aby uchronić się przed nimi, już podczas wieczerzy wigilijnej baca wynosił resztki jedzenia w pole i zapraszał wilka na poczęstunek: „Wilku, wilku chybaj do obiadu, jak nie przyjdziesz dzisiaj, to nie przychodź rok cały”. Za każdym razem, gdy podczas wypasu owce opuszczały koszar, baca odmawiał modlitwę do św. Mikołaja, który był uważany za świętego sprawującego władzę nad wilkami. (…)

Innym zagrożeniem dla owiec były jadowite żmije. Aby zapobiec ich ukąszeniom, stado okadzano chrzanem poświęconym w Wielką Sobotę. Ochronę zapewniała również obecność wśród owiec białej kozy.

Sporo magicznych praktyk dotyczyło dojenia. Przed jego rozpoczęciem pasterze robili nad każdą owcą znak krzyża, odpędzając ewentualne czary. Podczas udoju nikt obcy nie mógł zaglądać do koszaru, bo groziło to utratą mleka. Wracając do koliby, pasterze musieli przystanąć przy drodze trzy razy, stawiając za każdym razem gieletę z mlekiem na ziemi. Pierwsze każdego roku sery baca rozdawał juhasom, co miało zapewnić udany sezon. Nawet gdy nie wiodło się najlepiej, nigdy nie sprzedawał sera i żętycy po zachodzie słońca. Dzień na szałasie rozpoczynał się o świcie, a kończył o zmroku.

 

Źródło: Przewodnik Gorce dla prawdziwego turysty – Oficyna Wydawnicza „Rewasz” - Pruszków 2004 – str.107-109

Źródło: Przewodnik Beskid Żywiecki – Stanisław Figiel Urszula Janicka Krzywda Piotr Krzywda Wojciech W. Wiśniewski - Oficyna Wydawnicza „Rewasz” - Pruszków 2006 str. 90-96

zdjęcie: Magdalena Sporek

Udostępnij Drukuj E-mail