Bez komentarzy

Nie zamykają się jej 2 rzeczy: szafa i usta. Na karaoke zawsze śpiewa Miłość Ci wszystko wybaczy H. Ordonówny, poza tym nigdy nie odmawia dobrego Mojito, pięknych szpilek i nowych podróży. Twierdzi, że 85% atrakcyjności, to zasługa inteligencji i poczucia humoru, a o pozostałych 15% mówią jej filmy. Tak pisze o sobie Kinga Gawron, Rajczanka na co dzień mieszkająca i pracująca w Londynie, autorka kanału The Pink Rook na YT.  W 18 Rozmowach Kulturalnych zdradza kulisy życia w blogosferze i nie tylko.


Klaudia Wiercigroch -Woźniak: Londyn to twoje miejsce na Ziemi?

Kinga Gawron: Na dzień dzisiejszy tak, ale nie jest to miejsce docelowe. Ja szybko wyfrunęłam z tzw. gniazda rodzinnego, początkowo mieszkałam w Bielsku-Białej, gdzie ukończyłam szkołę średnią, później studiowałam na Śląsku i w Czechach. Pomimo tego, że nie przywiązuję się jakoś specjalnie do miejsc, to serce zawsze będzie w Rajczy.

K. W-W: Podobno dziecko YT… naprawdę?

K. G.: Ale kto? Ja? (śmiech).

K. W-W: Tak wyznałaś w jednym z filmów…

K. G.: A może (śmiech). YT to jest fajne medium i sposób wyrazu, tak mi się wydaje. Takie miejsce, gdzie każdy może pokazać siebie i znaleźć coś dla siebie, jeżeli się czymkolwiek interesuje.

K. W-W: The Pink Rook – piękne logo…

K. G.: Dziękuję (śmiech).

K. W-W: Kto jest autorem?

K. G.: Autorem jest pochodząca z Bielska-Białej Sonia Hensler, również mieszkająca w Anglii - w Kornwalii, w starym zamczysku. Znana graficzka, absolwentka ASP.

K. W-W: Skąd nazwa?

K.G.: The Pink Rook? Rook w języku angielskim, to gawron, a ja mam na nazwisko Gawron (śmiech), ale żeby nie było tak przewidywalnie i banalnie dodaliśmy The Pink czyli różowy.

K. W-W: Co to za miejsce, do kogo jest kierowane i na ile jest dynamiczne, tzn. jak często zamieszczasz wpisy i wstawiasz filmy?

K. G.: Kiedy zaczynałam przygodę z YT, nie miałam wybranej grupy docelowej. Oglądając bardzo dużo filmów na YT pomyślałam sobie, że mogłabym to robić i to znacznie lepiej od niektórych osób (śmiech). Zaczęłam kontrowersyjną serią filmów o biustonoszach, o tym jak dobrać rozmiar i fason do sylwetki.

K. W-W: Uważałaś wtedy, że to jest tematyczna nisza?

K. G.: Tak, była i chyba wciąż jest. Pomyślałam sobie wtedy, że chętnie bym taki film zobaczyła. Do dziś kieruję się zasadą, że nagrywam to, co sama chciałabym zobaczyć, a nie to, co spowoduje wzrost słupków oglądalności. To jest chyba klucz do posiadania grona fajnych odbiorców, którzy udowadniają to w prywatnych wiadomościach. Kiedy zaczynałam przygodę z kanałem starałam się publikować 3-4 filmy w tygodniu. Początkowo był to surowy materiał, tzw. surówki, bardzo autentyczny, obecnie ze względu na czasochłonny montaż publikuję mniejszą ilość materiału.

K. W-W: Pamiętasz pierwszy film i emocje z nim związane?

K. G.: Przerażenie! (śmiech).

K. W-W: Mam taki obrazek w głowie: siedzisz i gadasz do kamery, to forma ekshibicjonizmu…

K. G.: Ależ oczywiście. Zawsze powtarzam, że robienie czegokolwiek w przestrzeni internetowej wymaga dużych pokładów ekshibicjonizmu. Pokazując siebie nie możemy zakładać masek, ponieważ widzowie zdemaskują każdą nieszczerość.

K. W-W: Reakcja znajomych?

K. G.: Byłam tak zestresowana, że nikomu nie powiedziałam. Do dziś, gdy ktoś przy mnie puszcza mój film umieram z zażenowania, nie mogę się słuchać. Przez pierwsze miesiące towarzyszyła mi myśl: ,,Boże! Nie mogę na to patrzeć!” (śmiech), ale z drugiej strony miałam świadomość, że jest to okres przejściowy, który minie. Trzeba się przyzwyczaić, wczuć i przede wszystkim otworzyć, a potem będzie z górki. Niedawno zaczęłam nagrywać w języku angielskim i znowu towarzyszą mi podobne emocje i to samo przerażenie. Więc jakby na nowo oswajam się z tą przestrzenią.

K. W-W: Jak zareagowali najbliżsi?

K. G.: Zaskoczyłam ich, mieszkałam wtedy już od roku w Londynie i byłam odcięta od rodziny i znajomych, a jak chciałam pogadać o szminkach, to nie miałam z kim, (śmiech) więc zaczęłam mówić do kamery. Ale pamiętam, że bardzo byłam zestresowana tą sytuacją.

K. W-W: A nie widać…

K. G.: Nie wiem czy widziałaś pierwsze filmiki (śmiech).

K. W-W: Zaczęłaś nagrywać w …

K. G.: … w 2014 roku.

K. W-W: Ty z tamtego okresu, a teraz…

K. G.: Bardzo się zmieniłam, na fb napisałam w notatce informacyjnej, że ,,jeszcze przed trzydziestką”, teraz już po (śmiech), co prawda niedużo, ale jednak. Wtedy wyjechałam do Londynu z moim ówczesnym chłopakiem -dziś narzeczonym - w czerwcu minie 5 lat odkąd tam mieszkamy i człowiek siłą rzeczy zmienia się, zbiera doświadczenia, uczy się nowych rzeczy i na obecną chwilę mogę powiedzieć, że bardzo się zmieniłam, dojrzałam.

K. W-W: Blogów jest mnóstwo, powstają jak grzyby po deszczu, czym charakteryzuje się twój?

K. G.: Moim głównym medium są właściwie vlogi czyli filmy na YT, co prawda mam bloga, ale zarzuciłam go. Około 90% odbiorców na YT stanowią dzieciaki, powiedzmy 16-18 lat, stąd duża ilość rzeczy publikowanych w tej przestrzeni, jest po to, by zdobyć ich aprobatę. Moje dane statystyczne wykazują, iż 95 % odbiorców The Pink Rook ma powyżej 18 lat z czego 60 % stanowią ludzie powyżej 30 roku życia. To jest bardzo dojrzała widownia, jak na YT, więc wydaje mi się, że tym kanał charakteryzuje się głównie. Poza tym, bardzo duża ilość blogów i vlogów nastawiona jest na sprzedaż, na tym to polega, że często ludzie nie robią tego z pasji (śmiech).

K. W-W: To jest haczyk?

K. G.: Tak i to jest dla mnie przerażające. Będąc z drugiej strony, jako powiedzmy twórca YT widzę komercjalizację i brak autentyzmu w opiniach czy recenzjach, które tak naprawdę są kampanią reklamową. Wiem, bo sama w tym samym czasie dostaję identyczną ofertę od konkretnej firmy, której np. odmówiłam współpracy.

K. W-W: Co wtedy myślisz?

K. G.: Że jest to nie fair. Na Zachodzie jest tak, że kiedy robimy materiał reklamowy, to musimy w tytule filmu zamieścić taką informację. W Polsce tego nie ma. To jest straszne, bo tak jak mówiłam większość odbiorców YT, to są dzieciaki do 18 roku życia zupełnie nieświadome zasad rządzących tym rynkiem, podobnie jak tego, że osoba po drugiej stronie kamery, to nie jest ich przyjaciel tylko ktoś, kto im próbuje coś sprzedać i od ilości sprzedanego produktu ma naliczana prowizję. To jest nieszczere i wtedy się denerwuję (śmiech).

K. W-W: Widzisz różnicę między YT polskim, a zagranicznym?

K. G.: Tak i to ogromną, np. pod względem marketingowym w Polsce więcej rzeczy jest okrytych tajemnicą, na zachodzie wszystko robi się otwarcie. Nie mam problemu z tym, że ktoś reklamuje produkt, ale niech mówi o tym wprost. Grajmy w otwarte karty. Jeżeli ktoś robi to ukradkiem, jest to niesmaczne i wręcz chamskie w stosunku do widza, którego ja traktuję jak przyjaciela. Wydaje mi się, że na Zachodzie pod tym względem są jaśniejsze zasady.

K. W-W: Twój kanał podzielony jest tematycznie na modę, beauty, coś dla ducha, pogadanki, My kobiety i co z tego wynika, odp. na pytania zadawane od widzów itd., poza tym przemycasz w filmach kulturę polecając literaturę oraz filmy, co mnie bardzo cieszy, stąd też pytanie, które osobiście lubisz nagrywać?

K. G.: Wszystkie, może najbardziej czasochłonne są filmy, w których pokazuję makijaż, bo wtedy muszę mieć różne ustawienia kamer, przy obróbce muszę to później ciąć itd. i to zajmuje sporo czasu, natomiast każdy z tych bloków tematycznych lubię nagrywać i sprawia mi przyjemność. Zdarzają się takie dni, kiedy nie mam ochoty wyciągać kamery, wtedy tego nie robię. Złości mnie montaż czyli rzeczy typowo techniczne z uwagi na ich czasochłonność.

K. W-W: W tej pracy widać tylko efekt końcowy…

K. G.: Tak, nagrywam przykładowo 20 min, a praca z filmem zajmuje kilka godzin w zależności od jego specyfiki.

K. W-W: Śledzisz inne blogi, tworzysz do nich odsyłacze lub nawiązujesz kontakty z ich autorami? Czy jest coś takiego, jak życie towarzyskie w blogo/vlogo - sferze?

K. G.: Tak, są organizowane spotkania dla blogerek i vlogerek np. makijażowych – ostatnio w Warszawie tego typu wydarzenie miało miejsce – i tam dziewczyny się spotykają. Jeżeli czytam inne blogi, to w celach zasięgnięcia opinii na temat jakiegoś produktu czyli typowe recenzje. Z kilkoma dziewczynami utrzymuję kontakt.

K. W-W: Inspirujesz się jakąś koleżanką po fachu?

K. G.: Inspirować się to za duże słowo, ale odkąd pamiętam oglądam kanał Radzkiej, która się nazywa Magdalena Kanonak, a z którą teraz się przyjaźnię. Z jej porad korzystałam często - ale przyznam się - niewiele polskich kanałów śledzę.

K. W-W: Odnoszę wrażenie, że kanały zagraniczne cieszą się większym zainteresowaniem…

K. G.: Nie wiem z czego to wynika, ale faktycznie tak jest. Ja też nie mam 15 lat i tak naprawdę kanałów, które mnie by mogły zainteresować lub zrelaksować na dzień dzisiejszy nie ma zbyt wielu. Czasem jest tak, że oglądam kogoś ze względu na sympatię do niego.

K. W-W: Czym jest dla ciebie moda i jak opisałabyś swój styl?

K. G.: Ojej (śmiech).

K. W-W: W czym najlepiej się czujesz?

K. G.: To zależy od okoliczności, najlepiej czuję się w piżamie, dresach albo na golasa (śmiech), ale oczywiście nie zawsze i wszędzie będę się w tej rzeczy czuła dobrze, np. siedząc tutaj w piżamie nie czułabym się dobrze.

K. W-W: Co decyduje o tzw. stroju dnia?

K. G.: Wszystko, jak otwieram oczy i świeci piękne słońce, jest ciepło i idę spotkać się z przyjaciółką ubieram się jak ja…

K. W-W: Co to znaczy ,,jak ja”?

K. G.: To znowu zależy od dnia, okazji, od tego jak się czuję itd. Ogromny wpływ na mnie ma pogoda, więc Londyn to nie jest najlepsze miejsce (śmiech). Z mamą często chodziłyśmy po lumpeksach i u mnie zawsze było bardzo dużo ubrań i zawsze wyglądałam nieco inaczej niż moi rówieśnicy, bo lubiłam się wyróżniać.

K. W-W: Taki kolorowy ptak?

K. G.: Tak.

K. W-W: Kolorowe ptaki w modzie to wciąż egzotyzm czy już powszechność?

K. G.: Paradoksalnie chyba wciąż egzotyzm. Często obserwując młode dziewczyny nie odróżniam jednej od drugiej. Wszystkie są identyczne (śmiech).

K. W-W: Nie lubimy kolorów? To widać na ulicach?

K. G.: Ulice są w gruncie rzeczy bardzo podobne do siebie, chociaż w każdej dzielnicy Londynu ludzie wyglądają odrobinę inaczej, po tym można je rozpoznać. Mamy dzielnice biznesmenów, dzielnice zamieszkane przez artystów czyli właśnie kolorowe ptaki, ale też zupełnie normalne i myślę, że nasze nie różnią się od nich. W Anglii bardzo dużo mężczyzn nosi garnitury oraz popularne są mundurki szkolne. Wydaje mi się, że dzięki temu jednolitemu strojowi później dorastając oni wiedzą, jak się ubrać elegancko i że nie są to potargane dżinsy. U nas tego nie ma i często ludzie mają z tym problem, chcieliby, ale nie wiedzą jak. W Anglii rzadziej można spotkać ludzi ubranych np. w dres. Z pewnością w Anglii jedną z charakterystycznych różnic jest ta, że nikt nie obejrzy się za nami na ulicy. W Polsce – tak (śmiech).

K. W-W: Wpadki modowe – co to jest i czy ci się zdarzają?

K. G.: Moda czy to, jak się ubieramy i wyglądamy jest decyzją każdego z nas. Jestem przeciwna temu, by narzucać komukolwiek styl. Oczywiście, są miejsca, okoliczności i sytuacje, które narzucają określony wzór zachowań czy właśnie ubioru. Nieodpowiedni strój na spotkanie np. z królową, to będzie faux pas, złamanie zasad ustalonych np. w savoir-vivre będzie wpadką modową, natomiast na co dzień wydaje mi się, że każdy ma swój styl wyrażający osobowość i każdy powinien przede wszystkim czuć się dobrze w swojej skórze. Jeżeli nikogo nie razimy strojem i nie łamiemy norm czy konwencji danej sytuacji, to wydaje mi się, że ciężko nazwać coś wpadką modową. Może mi się coś nie podobać, czegoś bym nie założyła, ale to tylko moje zdanie. Na tym to polega. W pewnych okolicznościach wymagany jest kapelusz, rajstopy, zasłonięte czubki palców w butach itd., pracując w biurze nigdy nie miałam narzuconego stroju, ale z racji tego, że pracuje ze mną sześciu starszych panów ubierających się w garnitury, to nie założę do pracy czerwonej mini, bo to byłaby wpadka, może nie modowa, ale z pewnością sytuacyjna.

K. W-W: To pasja, styl czy sposób na życie?

K. G.: Na co dzień jestem agentem nieruchomości więc to hobby, odskocznia, coś co robię po godzinach pracy, fajnie byłoby to kiedyś zmienić w stałe źródło dochodu.

K. W-W: Czy posiadanie własnej, internetowej przestrzeni wpłynęło na twoje życie lub relacje ze znajomymi?

K. G.: Jeżeli chodzi o relacje ze znajomymi to nie, przyjaciół mam niewielu, jest to bardzo ścisłe grono i nie są to relacje, które YT mógłby zmienić, natomiast z moich obserwacji wynika, że każdy kto zaczyna nagrywać, robić bloga lub cokolwiek w przestrzeni internetowej musi mieć świadomość tego, że oprócz dobrych słów będzie pojawiać się pod jego adresem również krytyka, a nawet hejt i będąc z drugiej strony nigdy do końca nie wiem, kto jest autorem komentarzy, osoba dojrzała czy 10-letnie dziecko, dlatego do każdego staram się odnosić z takim samym szacunkiem.

K. W-W: Pamiętasz pierwsze komentarze?

K. G.: Tak, było mnóstwo hejtu ze względu na poruszony przeze mnie temat. Dziś odbiorcami są bardzo fajni ludzie, widać to po komentarzach niezwykle budujących, więc kręcąc te filmy odzyskałam wiarę w drugiego człowieka.

K. W-W: Co jest siłą napędową The Pink Rook? Jej osobowość czy lajki?

K. G.: Lajki nie (śmiech). Chyba to, że jeszcze mi się chce, bawi mnie to i sprawia radość. Jestem w komfortowej sytuacji - ,,nie muszę”, to nie jest moje źródło utrzymania, więc mogę to robić na moich zasadach i póki będę czerpać z tego radość i szczęście, to będę to robić.

K. W-W: Były momenty, kiedy chciałaś zarzucić kanał? Zrezygnować?

K. G.: Czasami się pojawiały, myślę, że jak w każdej pracy, kiedy przychodzi taki moment, że człowiek chce rzucić wszystko w diabły, ale póki co przynosi mi to więcej satysfakcji niż strat.

K. W-W: Na Facebooku masz ponad 3 tyś fanów. Gdybyś miała spróbować sama zdefiniować, z jakiego powodu z Tobą są?

K. G.: Jeżeli chodzi o fb, to myślę, że jest to szybsze źródło informacji o moich filmach, tam wrzucam też inne rzeczy jak muzykę itd.

K. W-W: To też jest twoja osobowość…

K. G.: Tak, ale nie cała (śmiech).

K. W-W: Jaki to jest fragment ciebie?

K. G.: Jeżeli o czymś mówię, to jestem w tym prawdziwa, natomiast nikt z nas nigdy nie odkrywa do końca siebie, i też sami nie wiemy do końca, co tak naprawdę w nas tkwi.

K. W-W: Gdyby nie The Pink Rook Kinga Gawron byłaby piosenkarką?

K. G.: To jest dłuższa historia, ale nie (śmiech).

K. W-W: To niespełnione marzenie?

K. G.: Trochę tak, lubię śpiewać ale dziś to hobby, śpiewam dla siebie. Kiedyś kształciłam się w tym kierunku, ale zrezygnowałam …

K. W-W: Wychodząc z domu ile czasu poświęcasz na stylizację?

K.G.: Potrafię nałożyć krem i wyjść do biura, więc to mit o czasochłonnych stylizacjach (śmiech).

K. W-W: A dziesięć lat wcześniej?

K. G.: Rzeczywiście w pierwszej pracy, zaraz po ukończeniu studiów na stylizację poświęcałam rano kilkadziesiąt minut, to był w ogóle czas, kiedy dużo uwagi poświęcałam makijażowi, ale to wynikało z tego, że bardzo długo się nie malowałam, dopiero w trzeciej klasie liceum zaczęłam eksperymentować z kosmetykami, więc to był okres fascynacji tą dziedziną, testowania na sobie rożnych możliwości i tzw. zabawy, wtedy rzeczywiście był pełny make-up i szpilki. Dziś są dni kiedy w ogóle się nie maluję.

K. W-W: Dziś modny jest tren make-up no make-up…

K. G.: Tak, ale on jest bardziej czasochłonny niż normalny makijaż (śmiech). Jeżeli chcę być w pełni ,,odpicowana” to zakładam, iż godzina wystarczy, ale na co dzień nie mam takiej presji.

K. W-W: ,,Nie dajmy się zwariować. Brak makijażu nie zabija. Nasze buzie są piękne nawet nagie” piszesz w jednym z postów, nasze pokolenie lub pokolenie naszych mam miało łatwiej biorąc pod uwagę presję bycia dziś idealną?

K. G.: To był inny czas, moja mama np. szyła sobie ubrania na maszynie, wtedy nie było różnego rodzaju tzw. opcji, dziś przez to, że jest tak dużo wariantów – co jest paradoksem – wszyscy wyglądamy tak samo. Dlatego w filmach staram się pokazać, że można inaczej.

K. W-W: Ale kreatywność znów jest w modzie i wraca do łask…

K. G.: Na pewno jest to w cenie, dziś rzeczy wykonane ręcznie czy personalizowane postrzega się jako dobra luksusowe i np. w Anglii rękodzieło jest dziesięć razy droższe od rzeczy z tzw. sieciówek. To jest ciekawe, że w czasach naszych mam było tak niewiele, a każdy wyglądał inaczej i miał swój styl, a dziś kiedy jest nieograniczony dostęp do wszystkiego my powielamy jeden schemat.

K. W-W: Może nam brakuje mistrzów do naśladowania?

K. G.: Myślę, że to jest głębszy temat, żyjemy w czasach, kiedy wszystko jest jednorazowe. Płaczemy jak umierają wielcy muzycy i przychodzi refleksja, że u nas nie ma wielkich osobowości, prawdziwych gwiazd i indywidualności takich jak Michale Jackson czy Prince. Dziś wszyscy wyglądają jakby wyszli od jednego chirurga plastycznego. Może ludzie boją się wyglądać inaczej? Mi to zawsze sprawiało frajdę, jestem z Rajczy gdzie każdy zna każdego, osiem pokoleń wstecz (śmiech) i w szkole koledzy i koleżanki również wyglądali podobnie, a mnie kusiło by dodać coś od siebie i reakcja ludzi nie zawsze była pozytywna. Nie jest łatwo wyglądać inaczej i coraz mniej osób jest przykładem indywidualizmu.

K. W-W: Trzeba mieć odwagę?

K. G.: Trochę tak, trochę mieć wszystko w nosie…

K. W-W: … trochę przekory?

K. G.: Tak, bo my często zamiast myśleć o sobie zastanawiamy się jak będziemy odebrani przez otoczenie, a tak nie powinno być. Poza tym jest przyzwolenie społeczne na wzajemną krytykę, co nie jest fajne. Przez to, że eksperymentowałam z modą wyglądając niejednokrotnie dziwnie, dziś wiem czego unikać, a co podkreśla moją urodę.

K. W-W: Młodość to jest też okres poszukiwania siebie…

K. G.: Dokładnie, tego kim jesteśmy, kim chcemy być w ogóle.

K. W-W: Trzy niezbędne przedmioty w twojej torebce?

K. G.: Portfel, komórka i okulary (śmiech). O! Jeszcze mam balsam do ust i słuchawki.

K. W-W: Jaką postacią z bajki chciałabyś być i dlaczego?

K. G.: Pewnie którąś z tych szczęśliwych (śmiech). Od dziecka towarzyszy mi jedno pragnienie i myśl – być szczęśliwą. To brzmi bardzo egoistycznie, ale w moim szczęściu zawiera się wszystko, zdrowie moje i moich rodziców, przyjaciół, jakiś dobrobyt, a to z kolei przekłada się na mój spokój. W dzisiejszym świecie my gdzieś się zapętlamy w nieustannej pogoni nie doceniając tego, co tak naprawdę mamy. Wiadomo, że trzeba być ambitnym i stawiać sobie coraz wyżej poprzeczkę, ale też nie zapominajmy o tym, co posiadamy. Zwykle, gdy osiągamy to o czym marzyliśmy, to szybko odchodzi to na bok i na horyzoncie pojawia się nowy cel i tak w kółko. Brak czasu na refleksję, to jest chyba choroba naszych czasów. Ciągle chcemy więcej, ciągle zazdrościmy, ciągle nam mało itd.

K. W-W: The Pink Rook za kilka lat?

K. G.: Ciężko powiedzieć (śmiech). Chciałabym być szczęśliwa (śmiech). Nie robię żadnych planów na życie żeby się nie rozczarować. Kanał póki co fajnie się rozwija, przybywa widzów, na pewno chciałbym rozwinąć go w wersji angielskiej, byłoby świetnie, gdyby za parę lat udało się żyć tylko z YT i skupić się tylko na nim. Jestem otwarta na różne możliwości, jeżeli coś fajnego się napatoczy, to złapię to za nogi i tyle ( śmiech).

K. W-W: Największy mit w głowach początkujących blogerów i rady dla dziewczyn, które chcą ale się boja?

K. G.: Największy mit jest taki, że od razu będziemy mieli z tego duże pieniądze, bo tak to nie działa, zwłaszcza teraz, gdy kanałów jest mnóstwo i powstają coraz to nowe i każdy chce być blogerem. Trzeba trochę pobyć na rynku, wyrobić sobie opinię i przede wszystkim czymś się wyróżniać lub czymś przyciągnąć widza. Poza tym trzeba liczyć się z hejtem, który prędzej czy później się pojawi - ja mam dojrzałą widownię, więc i komentarze są na poziomie, nawet te krytyczne, nie ma w nich przekleństw np. Zawsze będzie tak, że dostaniemy sto pozytywnych opinii i jedną negatywną, którą będziemy pamiętać, bo tak po prostu jest. Z tym trzeba się liczyć.

K. W-W: Kilkanaście lat temu, kiedy YT się rozkręcał wystarczyła kamera do nagrywania, dziś jest presja na jakość filmów, tym samym na sprzęt?

K. G.: Ja zaczynałam nagrywać lustrzanką cyfrową, nią również robiłam zdjęcia, do tego mikrofon i lampy, to podstawa. Teraz, gdy zaczęłam się skupiać na treści, kręcę filmy telefonem przy oknie i to jest dla mnie najwygodniejsza forma. Tak naprawdę, jeżeli mamy coś do powiedzenia, to niepotrzebne są cekiny i fajerwerki.. To jest trochę tak, jak z ludźmi którzy zaczynają uczyć się jeździć na nartach i od razu inwestują w drogi sprzęt zamiast uczyć się po prostu jeździć. Nie o to chodzi. Polecam zacząć nagrywać zwykłym telefonem, przy oknie, ponieważ światło słoneczne jest najlepsze i tyle. No i mieć dobry temat. Zobaczyć czy nam się to w ogóle spodoba. Oczywiście nie ma nic złego w dobrym sprzęcie i tym samym w dobrej jakości, ale to nie powinien być priorytet. Często wysoka jakość filmów  wynika z tego, iż są lepiej postrzegane przez reklamodawców, bo dobra firma chce, by to, za co zapłaciła grube pieniądze było nagrane w dobrej jakości. Potrafię odróżnić kanały robione z myślą o widzach i takie, które są zależne od reklamodawcy.

K. W-W: Czego życzyć The Pink Rook?

K. G.: Szczęścia (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

 

Udostępnij Drukuj E-mail