Jubileuszowy X Festiwal Górski Adrenalinium w kinie Janosik za nami, czas na podsumowania.
Pierwszym gościem był podróżnik Jakub Rybicki pochodzący z Podlasia. Rocznik 1985, z zawodu socjolog, z zamiłowania podróżnik, fotograf, okazjonalny alpinista, a ostatnio też himalaista, pasjonat ekstremalnej jazdy na rowerze zimą, a oprócz tego kolekcjoner dziwnych czapek. Rowerem, autostopem, konno i samochodem przejechał ponad 50 krajów. Do Żywca przyjechał z prelekcją zatytułowaną „Greenland Ice Trip”. Bowiem razem z kolegą przejechali w zimie w sumie ponad 360 km, po tej prawie bezludnej i niegościnnej, ale tylko na pierwszy rzut oka wyspie.

Spotkanie z widzami rozpoczął od przedstawienia początków swojego zamiłowania do nietypowych form aktywności. Otóż przed jedenastu laty wsiadł na rower razem z kolegą Wichrem, który właśnie nabył zwykły, tani egzemplarz tego środka komunikacji. Postanowili więc uczcić ten zakup i wybrać się na wycieczkę za miasto do… Aten, raptem 3 tysiące kilometrów. Taki szalony pomysł bez specjalnych przygotowań i planów, ale dojechali szczęśliwi, choć wyczerpani, bo na wyjazd wybrali się w sierpniu - w okresie, w którym temperatury na południu Europy delikatnie mówiąc, nie sprzyjają amatorom dwóch kółek.  Tak właśnie łyknęli bakcyla nietypowego podróżowania i od tej pory Kuba wraz z przyjacielem stara się odbyć przynajmniej jedną w roku, taką szaloną wycieczkę rowerową.

Ma już swoim koncie wyprawę do Murmańska i zimowy przejazd przez zamarznięte jezioro Bajkał, z której to wyprawy wydał książkę pt. „Rowerem przez Bajkał”. Opowiadał o tych dwóch ważnych i przełomowych dla niego wyprawach, problemach jakie napotkali na trasach, spotkaniach i znajomościach jakie zawarli, a także o wielkiej satysfakcji i radości jakie daje taka forma zwiedzania świata, prezentując i jednocześnie komentując wspaniałe fotografie dokumentujące ich wyczyny. Przez ostatnie lata jeździ z przyjacielem, głównie zimą, przede wszystkim dla - jak sam przyznaje - wrażeń estetycznych, szukając interesujących i niecodziennych widoków, by utrwalić je w obiektywie. A jest naprawdę wybitnym fotografem. Za swoje zdjęcia otrzymał wiele nagród i wyróżnień m.in. nagrodę Kolosa w Gdyni za najlepsze zdjęcie FotoGlob. O ich jakości i sile oddziaływania można się było przekonać, oglądając je podczas prezentacji na dużym kinowym ekranie, gdzie sprawiały naprawdę niesamowite wrażenie.


W tym roku Kuba wraz ze swoim przyjacielem Wichrem, na swój cel obrali największą wyspę świata Grenlandię i jednocześnie najmniej zaludniony obszar na globie ziemskim. I to właśnie ona była głównym motywem czwartkowego pokazu. Relację z wyprawy Kuba rozpoczął od opisania tej niecodziennej i arcyciekawej wyspy, jej historii, ludziach ją zamieszkujących i warunkach tam panujących. Następnie opisał szlak, który obrali za cel swojej „wycieczki”, czyli Arctic Circle Trail prowadzący z miejscowości Kangerlussuaq do Sisimiut o długości 180 km. Trasę pokonali w tydzień na swoich fatbikach, czyli rowerach o bardzo grubych oponach, pozwalających się poruszać na grząskich podłożach, ciągnąc na specjalnych saniach po 30 kg swojego ekwipunki, w których znalazł się, oprócz normalnego wyposażenia każdego turysty, także dron, z którego nakręcili piękne filmy przedstawiające krajobraz Grenlandii z lotu ptaka. Szlak, którym przemierzali wyspę, pokonuje rocznie tylko kilkaset osób, ale głównie na skuterach śnieżnych i psich zaprzęgach. Rowery widoczne są tu niezwykle rzadko, byli więc pierwszymi Polakami, którym udała się ta trudna sztuka. Nie jest to bowiem w rozumieniu tradycyjnym droga, których poza miastami na Grenlandii nie znajdziemy, tylko wytyczona na mapie marszruta wśród bezkresnej bieli i zamarzniętych jezior. Ich podróż w ponad dwudziestostopniowym mrozie przebiegła sprawnie i bez przeszkód, nie licząc drobnych usterek, upadków i zanurzania się czasem w mlecznej bieli, która dosłownie otulała wędrowców pochłaniając ich w absolutnej ciszy. "Fachowojak wyjaśniał Kuba - nazywa się to deprywacją sensoryczną, która wpływa m.in. na zmianę częstotliwości fal mózgu. To ponoć niezwykle relaksujące doświadczenie, ale niekoniecznie wtedy, kiedy zupełnie nie można określić, w jakim kierunku się jedzie".

Tak mijała im podróż obfitująca w zapierające dech w piersiach widoki i pejzaże.  Po drodze nie spotkali zbyt wielu ludzi, ale często korzystali z gościnności mieszkańców, którzy okazali się być niezmiernie życzliwymi i sympatycznymi ludźmi, dzielącymi się z naszymi podróżnikami głównie swoimi tradycyjnymi i lokalnymi specjałami. Spotkania z Innuitami, rdzennymi mieszkańcami wyspy, okazały się być, poza fascynującą przyrodą, drugim ciekawym elementem wyprawy. Napotkali nawet na swej drodze zamieszkującego Grenlandię Polaka, który osiadł tam wraz żoną Innuitką.
Po dotarciu do Sisimiut okazało się, że dalsza wyprawa wzdłuż wybrzeża po zamarzniętym oceanie do stolicy Nuuk, którą mieli w planach jest niemożliwa, gdyż ocean w tym roku nie zamarzł. Postanowili więc wrócić z powrotem tą samą drogą. Początkowo myśleli, że nie będzie to nic ciekawego, wszak już raz nią jechali, ale przyroda zafundowała im piękną niespodziankę w postaci zorzy polarnej, którą przez większą część drogi powrotnej mogli obserwować i filmować.

Kuba oprócz wielkiej pasji, którą skrzętnie realizuje, potrafi zajmująco i niezwykle barwnie opowiadać i widać, że lubi dzielić się swoimi obserwacjami i przeżyciami. Jak sam o sobie mówi: „Opowiadanie o świecie, ludziach i granicach naszej wytrzymałości to moja praca – i ciężko jest mi sobie wyobrazić lepsze zajęcie. Dzielenie się swoją pasją to niesamowita frajda, a kontakt na żywo z publicznością daje wielkiego kopa i motywację do dalszego działania”.
Spotkanie w pełni potwierdziło jego słowa. Ma spory dystans do siebie i swoich wyczynów, i jak sam podkreślał podczas prezentacji, nie jest żadnym ekstremalnym sportowcem, ale normalnym turystą, jakim może tak naprawdę zostać każdy z nas. Bowiem wszystkie jego wyprawy są przemyślane i starannie przygotowana, choć czasem jest w nich margines na improwizację, bo przecież nie wszystko można przewidzieć, zwłaszcza jeśli jeździ się np. po najgłębszym jeziorze świata.

Podczas tego pasjonującego i wciągającego pokazu można było się dowiedzieć, jakie są plusy spania na lodzie, kiedy załatwiają swoje potrzeby grenlandzkie psy, jak smakuje foka i wół piżmowy, dlaczego nie można kupić piwa w mieście, czym Innuici zastępują alkohol, a także dlaczego na Grenlandii jest dużo samobójstw i jak sobie próbują urozmaicać czas rdzenni mieszkańcy wyspy.  
Swoją prezentację zakończył smutnym akcentem, przedstawiając analizy i perspektywy zmian klimatycznych spowodowanych działalnością człowieka, które wpływają negatywnie zwłaszcza na obszary polarne, gdzie lodowce topnieją w bardzo szybkim tempie. Informację zilustrował zdjęciami i wykresami, które zmusiły każdego widza do zastanowienia się przyszłością naszej planety.

Kuba snując swoją opowieść często okraszał ją zabawnymi stwierdzeniami i dowcipami sytuacyjnymi, których doświadczali na swojej trasie. Jak na prawdziwego podróżnika przystało jest człowiekiem bardzo bezpośrednim i otwartym, po spotkaniu można było z nim bez przeszkód porozmawiać, chętnie dzielił się swoimi doświadczeniami i wiedzą zdobytą podczas swoich eskapad.
Spytałem go o następne plany, które zamierza w przyszłości realizować.  W zanadrzu ma na razie tylko „małą” wycieczkę rekreacyjną do Szwajcarii, oczywiście na rowerze, a w najbliższym czasie zamierza się głównie skoncentrować na wspinaczce w Himalajach. Jego marzeniem jest wejście na jeden z pięciu do tej pory niezdobytych jeszcze siedmiotysięczników, Labuche Kang III (7250 m. n.p.m.). Próbował już raz razem z wyprawą PZA, ale szczytu z powodu dramatycznych warunków pogodowych nie udało się im zdobyć, choć weszli na wysokość 6907 m n.p.m.
Wszystkich tych, którzy czują niedosyt, a także dla tych, którzy nie byli na spotkaniu, zapraszam na bloga Kuby TUTAJ, gdzie można poczytać jego relację z odbytych przez niego podróży i obejrzeć przepiękne zdjęcia i filmy, zrobione przez niego z miejsc, które już odwiedził.

Zdjęcia i wideo: Jakub Rybicki